Czarny Młot Era Zagłady Recenzja

Oczekiwaniu na trzeci tom Czarnego młota towarzyszyło u mnie lekkie mrowienie. W uczuciu pragnienia przeczytania kolejnej części postawił mnie koniec drugiego tomu. Jeff Lemire nakręcił do tej pory interesujący splot akcji, superbohaterowie wiodą (całkiem) normalne życie gdzieś na farmie. Szybko okazuje się, że podstawą ich funkcjonowania wśród regularnej ludności jest kłamstwo. Autor dozuje napięcie, bohaterowie zaczynają domyślać się, że coś jest nie tak. Wtedy następuje cięcie, wątki tajemniczej farmy zostaną dokończone dopiero w komiksie pod tytułem Czarny młot Era Zagłady Część 1 Tom 3.

Niby rzeczywiście, można spokojnie czekać sobie na kolejny tom, tymczasem (zgodnie z oryginalnymi wydaniami) seria zakręciła w stronę spinoffów, eksplorując delikatnie świat stworzony przez Jeffa Lemira i podgrzewając lekko atmosferę. Przy okazji wytwórnia daje odpocząć rysownikowi głównej serii, do pobocznych zatrudniając innych artystów. I tak, David Rubin dostarcza nam Sherlocka Frankensteina oraz przedstawia Lucy Weber szukającą ojca. Dodatkowo dziewczyna została nowym Czarnym Młotem, a przy okazji dotarła do prawdy. Pozyskanej wiedzy nie zawaha się użyć. Max Fiumara niechcący tworzy moją ulubioną opowieść ze świata Czarnego Młota, emocjonującą historię o relacjach ojcowskich i o gorzkich smakach wyborów w komiksie Doktor Star i Królestwo Straconej Przyszłości. Teraz nadchodzi ten moment. Możemy przejść do najnowszej pozycji.

Tom trzeci (?)

W oryginalnym cyklu wydawniczym Era Zagłady dostała na okładce zwyczajnie jedynkę (ed.red. – oryginalne TPB ma trójkę, zeszyty numerowane są od jedynki). Egmont ma swoją rację, dokładając jeszcze trójkę, bo jest to ciąg dalszy wydarzeń z dwójki. Mimo to w oryginalnej numeracji autor chciał nam jeszcze coś powiedzieć. Zaczyna się coś nowego, coś, co nie do końca współgra z poprzednikami. Jeff Lemire przenosi Czarnego Młota na nowy poziom, choć logika twórcza pozostaje. Uniwersum Kanadyjczyka to list miłosny do historii występujących w komiksach od końcówki lat 30. XX wieku. W komiksie Czarny młot Era Zagłady Część 1 Tom 3. znalazły się dwa duże nawiązania do dwóch największych dzieł z lat 90. Bohaterka najpierw zostaje wrzucona do piekła, wywołując u czytelnika skojarzenia z komiksem Mike’a Mignoli, Hellboy, po czym odwiedza krainę mistrza opowieści, by zasiąść razem z nim i jego rodzeństwem do stołu, czym oczywiście nawiązuje do Sandmana autorstwa Neila Gaimana.

W tym miejscu muszę się przyznać, że trzecim tomem Czarnego Młota jestem troszkę zawiedziony. Może tragedii nie ma, nadal jest to komiks na dobrym poziomie. Jednak te dwa kroki poza świat kalesoniarzy nie wyszły głównemu wątkowi na dobre. Znaczy, niby fajnie, bo to przecież w taki sposób zmieniały się historie w komiksach, przykleiło mi się jednak wrażenie, że w tym przypadku to nie działa. Nawiązania do dwóch kolosów, mocno komiksowych, jednak grubą kreską oddzielonych od świata superbohaterów, wyglądają jak karykatury, nachalne naśladownictwo, które w żaden sposób do oryginału nie dorasta. To czemu działało to w przypadku historii czysto superbohaterskich? Cóż, z superbohaterami jest jak z polską muzyką dyskotekową, nawet jak ktoś ją parodiuje, wychodzi z tego disco-polo.

Czarny Młot Era Zagłady

Kilka rzeczy zadziałało. Szeroko się uśmiechnąłem, gdy Czarny Młot wpadła przez przypadek do świata Łasucha. Jack Sabbath (postać wyrwana z piekła) stwierdza, że las pochodzący z postapokaliptycznego świata jest bardzo ładny i już tu kiedyś był. Chwilę wcześniej para wpada na mroczne ulice Londynu. Czy jest tu jakaś prosta referencja, naprawdę nie wiem. Może pomożecie? Dosyć zabawna jest też przesłanka ze Srebrnej Ery, w której każdy numer wydawanego wtedy komiksu musiał być zatwierdzony przez cenzurę komiksową. Narzucano też treści, historie miały być weselsze, preferowano dobre zakończenia, wypisywano postaciom uśmiechy na twarzach. Dlatego to Lemire wrzuca bohaterom na farmie pokolorowane koleje losu. Nagle były mąż Tammy, z którą spotyka się Abe, tak nagle, z marszu, postanawia przestać robić parze piekło, a zaczyna im błogosławić.

Na koniec dostajemy, tak jak to już Lemire robił, zwrot akcji. Autor śmieje się do rozpuku i każe czekać, aby poznać dokończenie historii. A co będzie dalej? Może być wszystko, bo ze zbyt szczęśliwego, przebarwionego matriksa obudziłby się każdy. Mimo gorszej formy Lemire’a zaprezentowanej w tym tomie, będę czytać dalej.

Sylwester

Dziękuję Wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Share This: