Skazaniec 666

Pod koniec podstawówki lubowałem się w horrorach. Uwielbiałem koszmary kryjące się po kartkach książek (Miasteczko Salem u-wiel-bia-łem), jak i tych bardziej dosłownie straszących z ekranu telewizora. Po nocach wracały do mnie obrazy z Wysłannika piekieł (jak tłumaczono Hellraisera), śnił mi się Koszmar z Ulicy Wiązów, a każdy znak był dla mnie jak Omen. Kochałem to zimne uczucie związane ze strachem połączonym z ekstremalną brutalnością. Kryminalne morderstwo z zimną krwią to było o wiele za mało, aby zrobić na mnie wrażenie. Zabójca musiał jeszcze swoją ofiarę oskórować i poćwiartować. W końcu mi się znudziło, bo zwyczajnie przestałem się bać horrorów, a przesunięta do granic ekstremy przemoc zaczęła mnie śmieszyć. Od tamtego czasu zajrzałem do świata strachów tylko kilka razy. Raz spoglądając w okrąg studni i teraz ponownie dzięki Mandioce i ich nowości o jakże uroczym tytule Skazaniec 666.

Horrory w przeciwieństwie do thrillerów przyprawione są na ostro fantastyką. Podmiotem stanowiącym zagrożenie, siejącym spustoszenie, okaleczającym i niosącym śmierć są tu często potwory, wampiry, wilkołaki, czy inne stwory jak ten dostarczony przez Doktora Frankensteina. Można zadać pytanie: po co zmyślać? W realnym świecie po powierzchni ziemi chodzą prawdziwe monstra, seryjni mordercy, kolekcjonerzy, których czyny sieją nie mniejszą grozę niż upiory z literatury fantastycznej. Ci są przecież obok, ale granica oddzielająca horrory od thrillerów, choć cienka, to jednak stanowi most między światem realnym a fantastycznym. Skazaniec 666 dostarcza nam obie strony grozy. Choć główny bohater, Józef Mogiła (znany w Argentynie jako Ze do Caixao a jako Joe Coffin w USA), to pełnoprawna postać fantastyki grozy, to na kartkach komiksu znaleźć możemy i kolekcjonera. Ten jednak zamiast w roli łowcy, staje się ofiarą, a zemsta jest wyrafinowana, kręci się w okowach szaleństwa i powoduje mrowienie z tyłu głowy.

Graficzna awangarda

Najmocniejszą stroną albumu Skazaniec 666 jest warstwa graficzna. Samuel Casal wyciął rysunki ekstremalnie artystyczne, grając tylko i wyłącznie na czerni i bieli. Rysownik nie bierze jeńców, niepotrzebne mu żadne półśrodki i szarości. Intensyfikuje w ten sposób opowieść, potęguję klaustrofobię więzienia, w którym grasuje Mogiła i sprawia, że po omawiany komiks naprawdę warto sięgnąć. Brawa należą się także dla polskiego wydawcy, który idealnie dobrał papier (Alto 130 g) do charakteru opowieści i rysunków. Gruby papier bez połysku uwielbiam, a z wysokim nasyceniem czerni współgra niczym whisky z colą.

Czerń i biel znajduje także swoje uzasadnienie w fabule komiksu, zwłaszcza w użytej przenośni. Autorzy pokazują środowisko, w którym spotykamy drapieżnika-kota, znajdującego wspólny mianownik dla szczura i gołębia. Zauważa, że te białe ptaki potrafią być równie krwiożercze, jak mieszkańcy kanałów. Drapieżnik sprawia wrażenie uwięzionego, zęby krat sprawiają wrażenie pułapki bez wyjścia. Nic bardziej mylnego. Więzienie to jego dom, terytorium, w którym postanawia wytępić wszystkie szkodniki i, nie powiem, są momenty, w których mu kibicuję i widzę, że niektórym szumowinom należy odpłacić się pięknym za nadobne. Po pewnym czasie do równania dodawana jest kolejna zmienna, bo przecież największym wrogiem kota jest oczywiście pies. A tak! Jest jeszcze ryba.

Czarny charakter(?)

Zadawaliście sobie to pytanie? Czy sprawcom bólu i cierpienia, okropnym złodziejom, którzy nie zabierają wcale przedmiotów materialnych, ale to, co jest najcenniejsze i nie da się odkupić za pieniądze, nie należy się równie wielki koszmar, jaki sami spowodowali? Czy nie powinni tak samo cierpieć? Tu wkracza Józef Mogiła, raz kryjąc się w czerni, innym razem atakując w pełnej bieli. W ten sposób czarny charakter zakłada białe rękawiczki, ale czy z tego powodu można powiedzieć, że robi coś dobrego?

Moją ulubioną sceną jest ta, w której biały ptak wyjaśnia naszemu antybohaterowi, tkwiącemu w wilgotnej i ciasnej izolatce (więzieniu w więzieniu), że dostał się tu przez dziurę w jego głowie. Tu możemy się najszybciej zorientować, z jakiego rodzaju opowieścią mamy do czynienia. Skazaniec 666 to wir, w którym rzeczywistość reprezentowana jest tylko przez niewielkie jej skrawki, reszta to fale czarno-białego szaleństwa. Jeżeli miałbym komiks Samuela i Casala porównać z jakimś filmem, bez wahania wskazałbym Głowę do wycierania Lyncha. O tak, nie jest to komiks dla każdego.

Ojcze, przebacz im…

Na końcu przydałaby się puenta. Choć wpierw muszę przyznać, że Skazaniec 666 nie jest dla mnie lekturą ciężkostrawną, w ociekających klimatem kadrach odnajduję i piękno, i w pełni zamierzony zamysł autora. Być może tylko dlatego, że przywykłem do tego rodzaju obrazów i potrafię je przepuścić przez mój układ trawienny. Tym, którzy zechcą narzekać na ten komiks, polecam przeczytać go jeszcze raz, a później za jakiś czas ponownie. Jeśli nadal nie będziecie przekonani co do wielkości tego dzieła, cóż, radzę trzymać się z dala od ciemnych zaułków, bo nie wiecie, co czynicie, zadzierając z tym koszmarem.

Sylwester

Dziękuję Wydawnictwu Mandioca za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Share This: