Smaki dzieciństwa – Spider-man – Torment

Mega Marvel: Spider-Man - TormentBędąc pacholęciem, mieszkałem podwórko w podwórko z moją babcią, która podczas nieobecności rodziców dokarmiała mnie i moje rodzeństwo. Jednym z jej specjałów były szare kluski, które podawała w okrasie z cebulką i drobno pokrojonym boczkiem. Po latach wciąż wyraźnie pamiętałem ich barwę, smak i zapach. W końcu postanowiłem znów posmakować tej potrawy. Niestety babcia już odeszła. Nadto, nikt w moim najbliższym otoczeniu szarych klusek nie znał i nigdy nie jadł. Gdyby nie to, że w Internecie można znaleźć dosłownie wszystko, potrawa zostałaby w obrębie wspomnień. Jednak kilka kliknięć i w końcu jest, wujek Google podaje przepis na „stalowe kluski”. Wkrótce kluski zostały przyrządzone i można było degustować.

Ale tu o komiksie miała być mowa, a do najważniejszych komiksów mojego dzieciństwa należy pierwszy Mega Marvel i umieszczona w nim historia Spider-man: Torment. Todd McFarlane, tu jako scenarzysta i rysownik, był w tamtych czasach mega gwiazdą. Uwielbiałem jego rysunki z The Amazing Spider-Man, więc kupno innego jego komiksu było logicznym wyjściem, choć 25.000 złotych stanowiło w tamtych czasach nie lada wydatek (dzisiaj 25.000zł to też niezła sumka). Poza tym scenariusz nawiązywał do innego znakomitego komiksu ze Spiderem, który lubiłem, Ostatnich łowów Kravena autorstwa J.M. Demattesis’a / Mike’a Zeck’a. Sentyment skłonił mnie do przeczytania historii Todd’a jeszcze raz , choć czekało mnie nie lada rozczarowanie.

Spider – Man – Torment – jest jak sentyment do klusków. Przykładowy kadr z komiksu Spider-Man - Torment

Czy warto było wracać? Zarówno smak stalowych klusków jak i Torment okazały się jedynie cieniem tego, co zostało przeze mnie zapamiętane. Kluski okazały się smaczne, ale były to jeno kluski. Torment zaś okazał się komiksem, w którym wieje za równo nudą, jak i infantylnością. Ja wiem, że to komiks dla dzieci. Edytorzy Marvela raczej Toddowi nie pomagali (a to spójność, a to za duża brutalność), co doprowadziło do finalnego odejścia Kanadyjczyka i założenia przez niego Image Comics (co raczej wyszło mu na dobre). Przy lekturze odczuwałem wręcz tytułowe cierpienie, powodowane przez narracje w stylu „Ta maszyna do zabijania …zabija”. No ale cierpieć miał przede wszystkim Spider. I cierpi. Najbardziej chyba w momencie, gdy Lizard rozrywa jego kostium (bez uszkodzenia tkwiącego pod nim różowiutkiego ciała). Biedak musiał być chyba mocno przywiązany do swojego odzienia. Spotkałem się z opinią, że ten komiks to wydmuszka. Z zewnątrz pięknie przyozdobiony, w środku zaś pusty. I trudno się tu nie zgodzić, bo szczegółowe rysunki nadal robią ogromne wrażenie, zwłaszcza kiedy Lizard przebija Spiderem komin.

Spider-Man - Torment

Choć w warstwie graficznej też nie obyło się bez wpadek. Np. kolor skóry Kravena zmienia się z cielistego na trupi między zeszytami 3 i 4. Wiadomo, przy wydawaniu zeszytów gonią terminy, ale do wydania TPB można było się pokusić o korektę. Ale, ale – co najważniejsze, są jeszcze nawiązania do Ostatnich łowów. Torment w żaden sposób nie powtarza napięcia zbudowanego przez swojego poprzednika. Łowy to nadal komiks wyjątkowy. Czuć w nim, że Kraven posuwa się za daleko. Bez zbędnego gadania łowca wyjmuje strzelbę i BLAM. I mimo, że śmierć pająka nie może trwać dłużej niż dwa numery, to Kraven udowodnił, że może tego dokonać. W Tormencie zaś Spider miast grobu, przebija ręką górę śmieci i niestety na nich pozostaje. Szkoda. No chyba, że rozumieć to jako alegorię do panującego w uniwersum Marvela bałaganu.

Może więc i lepiej, aby niektóre wspomnienia zostały niezrewidowane. Niech sobie tkwią w swojej sferze, lepiej ich nie burzyć i na światło nie wyciągać.

Tekst i zdjęcia zostały wykonane na podstawie wydania Spider-Man: Torment Marvel TPB wydanie I z 1992r.

Sylwester Wilk

Share This: