WKKM 34 – She-Hulk – Samotna zielona kobieta

   She-Hulk nigdy nie była moją ulubienicą. Wiedziałem, że była bardziej cywilizowaną wersją Bannera, która poza superbohaterstwem, zajmuje się walkami na salach rozprawach. Wiedziałem, że była członkiem Avengers i Fantastic Four, ale jakoś nigdy nie poświęcałem jej większej uwagi. Ot, nie ciągnęło mnie do zielonej piękności, jednak pojawianie się 34 tomu WKKM stanowiło idealną okazję, żeby poznać pannę Walters nieco bliżej i…

   I nie ukrywam, że mam mocno mieszane uczucia co do tego komiksu. Ale po kolei: zacznijmy od fabuły tego albumu. Mamy tu do czynienia z typowym wątkiem przemiany głównego bohatera. Jak to w przypadku jednostek podrasowanych promieniami gamma bywa – dwie skrajne osobowości raczej się nie dogadują. Tak też jest w przypadku Jennifer, którą poznajemy jako lekko mówiąc niestroniącą od zabaw zieloną piękność. She-Hulk jest arogancką kobietą, pewną siebie, ale zarozumiałą. W dodatku robi wokół siebie całą masę przykrego hałasu – ot, taka powiedzielibyśmy celebrytka. Na szczęście dla czytelnika im dalej w las, tym bardziej na pierwszy plan wysuwa się jej ludzkie oblicze. Bohaterka staje przed nietypowym dla siebie zadaniem – jest potrzebna światu (a raczej pracodawcy), jako uzdolniona prawniczka, ale w wersji ludzkiej, a nie zielonej.
J.A.G. Zielone biuro śledcze
   Rozprawy sądowe, na których toczone są przedziwne sprawy dotyczące superbohaterów oraz konieczność poznawania przez bohaterkę siebie samej na nowo stanowią trzon tego komiksu. Wszystko doprawione jest, a raczej w sumie syto polane dużą dawką humoru. Zeznający Spider-Man czy The Thing naprawdę potrafią rozbawić. W całość tej pozornie niepolepionej fabuły wkręcony jest jeszcze jeden wątek, dotyczący Southpaw – ale to, co powinno ładnie spinać, jest szczerze mówiąc najsłabsze. Reasumując, moje wrażenia podczas lektury (kolejność chronologiczna, nie dotyczy poszczególnych zeszytów, a pewnych etapów): 1) co za tępa baba, 2) dobre, 3) jeszcze lepsze, 4) serio? i 5) i co ja mam o tym myśleć?
   O ile scenariusz Dana Slotta broni się, a miejscami nawet podoba, o tyle z oprawą graficzną jest dużo gorzej. Nie wiem kto Juanowi Bobillo pozwolił rysować bohaterów, ale jedno wydaje się być pewnie: facet nie dowidział. To jak w tym komiksie wyglądają The Thing czy choćby Scorpion woła o pomstę do nieba. W tym roku nie widziałem chyba nic brzydszego (mówię o tych dwóch panach), a czasem sam coś bazgram na marginesie – także skala syfu jest ogromna! Rozumiem, że autor prezentuje własny styl, ale jak dla mnie jest on zwyczajnie paskudny. Sporo lepiej prezentują się za to kadry Paula Pelletiera.
Zielone jest piękne!
   W niezdarnej kresce Bobillo jest jednak coś wyjątkowego – o ile 90% twarzy jest paskudna, o tyle w nieśmiałej pannie Walters można się zakochać. Miny jakie stroi są najzwyczajniej w świecie urocze i sprawiają, że przez chwilę zapominamy o syfie, który ją otacza.
   Podsumowując, mimo wszystkich wad tego komiksu, jego zakup mogę szczerze polecić. Przede wszystkim dlatego, że jest to historia oryginalna i odmienna od tego co czytamy na co dzień, w dodatku okraszona nienagannym humorem. Samotnej Zielonej Kobiecie trudno odmówić wyjątkowości.
Mariusz

Share This: