WKKM 37 – Fantastyczna Czwórka – Niepojęte

   Fantastyczna Czwórka to jedna z najstarszych i najbardziej znanych grup superbohaterów. Chociaż dla wielu, czasy jej świetności dawno przeminęły, to „dzieciom” Stana Lee i Jacka Kirby’ego ciężko odmówić wkładu w rozwój komiksu. Mimo to, czytelnicy Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela musieli czekać prawie półtora roku na pierwszy album o przygodach Reeda i spółki. Sprawdzamy, czy cierpliwość się opłaciła.

  UWAGA SPOILERY. Przygody rodzinki odzianej w niebieskie uniformy od zawsze kojarzyły się z zawiłościami technologicznymi. Mr Fantastic to w końcu jeden z największych mózgowców uniwersum Marvela, a jego niezrównane pomysły niejednokrotnie ratowały herosów (niekoniecznie tylko z F4) z najgorszych opresji. Również największy antagonista ekipy z Baxter Building przez lata konstruował niezrównane technologicznie zabawki (np. słynne Doomboty). Zmagania odwiecznych przeciwników bardzo często toczyły się na polu około naukowym. Od klepania po beretach byli Johnny i Ben. Reed miał myśleć, dlatego też ci, którzy nie spotkali się wcześniej z tym albumem (tak jak ja) będą co najmniej lekko zszokowani, bo Mr Fantastic i Dr Doom sprawdzają się jako… czarnoksiężnicy. I o ile Victorowi przychodzi to w dosyć prosty sposób (cygańska krew), to jak sami możemy się domyślić, matematyczny umysł Reeda ma z tym ogromne problemy.
Pierwsze skrzypce?
   W teorii to właśnie Mr Fantastic jest główną postacią tego komiksu. Głowa (zagrożonej) rodziny i lider znanej grupy musi wyzbyć się wstrętu do tego, co nierealne i po raz kolejny przezwyciężyć własne ograniczenia. Mimo kładzenia przez scenarzystę nacisku na osobę Reeda, nie mogę pozbyć się wrażenia, że to nie on jest tu najciekawszy. W pierwszym(i chyba najlepszym) zeszycie czytelnik dostaje kapitalny epizod z Victorem w roli głównej. Gra, w jaką wciąga go Mark Waid, wkręca totalnie i potrafi zwieść na manowce nawet starych czytelników. Urok niestety szybko pryska, a fabuła powoli przeistacza się w konflikt (miejscami przeplatany nielogicznymi rozwiązaniami) Reeda z Victorem. Całość nabiera zupełnie innego smaku niż ten, którego spodziewaliśmy się po wstępie. Na szczęście dla czytelników, poziom jak zawsze trzyma niezrównany The Thing, który oprócz standardowego klepania – swoją drogą polskie tłumaczenie czas na lanie zupełnie pozbawione jest uroku – ma okazję po raz kolejny ujawnić swoje zdolności retoryczne. Ben to taki prawdziwy swój chłop z którym chciałoby się napić piwa i pośpiewać na trasie od knajpki do knajpki. Nie będę ukrywał, że jest to mój ulubiony członek F4, a każdy jego dobry występ cieszy mnie podwójnie.
Fantastyczna kreska? Nic z tych rzeczy
   Zeszyty do tego albumu rysowało dwóch panów: Mike Wieringo i Casey Jones. Co ciekawe, ich styl jest na tyle podobne, że przejście z jednej części komiksu w drugą jest bardzo płynne. Trudno jednak nie uznać wyższości Wieringo nad Jonesem. Obaj jednak w tym albumie wykazują pewną wspólną cechę: paskudnie rysują Sue Storm oraz jej dzieci. Temu drugiemu lepiej wychodzi Mr Fantastic, ale na szczęście The Thing prezentuje się w obu przypadkach przyzwoicie, a miejscami bardzo dobrze. On i pozbawiony zbroi w pierwszym zeszycie Doom stanowią najjaśniejsze elementy oprawy graficznej Niepojętego. Szkoda tylko, że po raz kolejny, okładki wyglądają o niebo lepiej od treści.
Pojęte
   Ogromnym plusem tego albumu są dodatki – i tu niezwykle niski ukłon w stronę wydawcy. Z tyłu albumu znajdziemy aż 13 stron, zawierających wypowiedzi scenarzysty o tym komiksie, drzewko genealogiczne Richardsów, początki historii Dr Dooma czy alternatywne wersje zespołu. Album jest naprawdę pokaźny, bo ma aż 196 stron! Reasumując, czytelnik dostaje całkiem ciekawą (miejscami nie do końca logiczną) i niestety przeciętnie zilustrowaną historię o przygodach grupy, której blask nieco zbladł. Nie mniej jednak historię taką, która śmiało zasługuje na miejsce w WKKM, bo mimo swoich wad potrafi zaskoczyć i wciągnąć. Sam z niecierpliwością wypatruje jej kontynuacji, która pojawi się w 41 tomie.
Mariusz

Share This: