WKKM 38 – Thor – Ostatni wiking

     Miniona środa przyniosła nam kolejny tom z edycji Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, tym razem wydawnictwo uraczyło czytelników historią o mężnym Thorze, dziedzicu tronu Asgardu, synu Odyna. 38 tom WKKM to „Thor – Ostatni wiking”.
    Zaprawdę powiadam Wam, zawsze podobało mi się to, że twórcy komiksów czerpią inspiracje z legend, baśni, czy z mitologii różnych kultur, jak w przypadku Thora. Kiedy pomyślę o różnorodności, bogactwie pomysłów oraz całej palecie możliwości napisania świetnego scenariusza dla komiksu, który w tak oczywisty sposób czerpie z mitologii nordyckiej, to, kiedy czytam takie albumy jak „Ostatni wiking” aż żal mi się robi niewykorzystanego potencjału, który drzemie w nordyckich legendach.

      Bo, o czym w sumie jest 38 album Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela? Tytuł sugeruje, że będzie to historia o ostatnim wciąż żyjącym wikingu albo może o potomku tychże właśnie. UWAGA MOŻLIWE SPOILERY!!

Natomiast komiks w zdecydowanej większości jest o zmaganiu się Thora z kosmitą zwanym Beta Rey Bill (swoją drogą ciekawe, kto wpadł na tak chwytliwą nazwę), który, jak to zwykle bywa w konwencji superbohaterskiej, najpierw tłucze się z głównym bohaterem, aby finalnie zostać jego umiłowanym sojusznikiem, a w tym przypadku niemalże bratem. Poza tym wątkiem, który wydał mi się głównym nurtem fabularnym, mamy stos mało ciekawych wątków pobocznych, które w połączeniu z irytująca częstotliwością przeskakiwania od sceny do sceny tworzą chaotyczny, mało interesujący miszmasz. Dla przykładu mogę przywołać np. opowieść Volstagga, który według scenarzysty miał chyba być zabawny. Rozumiem, że urywki kierujące czytelnika „poza znane dziedziny” są istotne w kontekście dalszych wydarzeń serii, więc do tego nie mam zastrzeżeń, a nawet więcej, powiem, że taka forma budowania scenerii do późniejszych wydarzeń i stwarzanie wrażenia nadciągającego niebezpieczeństwa przypadła mi do gustu. Jednak zbiór tego wszystkiego moim zdaniem nie był zbyt fortunny. Bo łącznie jest tego naprawdę okrutnie dużo: wątek główny, historia opowiadana przez Volstagga, przerywniki dziejące się „poza znanymi dziedzinami”, urywki z Lokim, wstawki z Balderem… Dużo tego, jak na mój gust zdecydowanie za dużo. Aby zakończyć temat dodam jedynie, że tytułowy wątek znalazł się dopiero w dwóch ostatnich zeszytach 😉
    Jak już pewnie się domyślacie, ten album nie przydał mi gustu. Poza męczącymi przeskokami od wątku do wątku należy dodać również bardzo charakterystyczną dla komiksów z tamtej epoki formę narracji, która nie pozostawia czytelnikowi nic do przemyślenia czy przeanalizowania. Bohaterowie sami swoimi myślami w dymkach wyjaśniają nam co i dlaczego się stało, jakby nie można było się tego domyśleć po ilustracjach. To oczywiście składam na barki czasów, w których komiks powstał, więc jest to jeszcze do przyjęcia. Jednak to nadal nie wszystko, bo wspomnieć należy również o sposobie wypowiedzi i dialogach przepełnionych po brzegi patosem. Kiedy zebrać to wszystko razem… No cóż „przegięła się pała goryczy”. Jeśli miałbym za coś pochwalić fabułę tego komiksu to będzie to humor, bo przyznam, że czasami zdarzało mi się wybuchać śmiechem, tylko nie jestem przekonany czy taki właśnie efekt miał zamiar osiągnąć scenarzysta. Oczywiście należy też  wspomnieć o świetnym smaczku przebiegle przemyconym do komiksu, który w prześmiewczy sposób ośmiesza pewien pomysł z konkurencyjnego komiksowego wydawnictwa 😉 Za to ogromny plus.
    To, do czego się nie przyczepię to rysunki, które wydały mi się, co najmniej przyzwoite. Może kadry tego komiksu to nie jakieś dzieła sztuki, jednak ilustracje oglądało mi się przyjemnie.
   Mam nadzieję, że u Was lektura tego tomu pozostawiła bardziej pozytywne odczucia. Myślę, że komiks mógłbym ocenić lepiej w kontekście całej serii o Gromowładnym, jednak wydaje mi się, że podobnie jak przy albumie „Thor – W poszukiwaniu bogów” wybór tych zeszytów do albumu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela był chybiony.
Paweł

Share This: