Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu – Polityczny dramat z Republiki Południowej Afryki
Jeszcze nie do końca wyparowały ze mnie emocje po Islanderze, a wydawnictwo Non Stop Comics uderza już kolejnym komiksem duetu Ferey / Rouge. „Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu” to rozgrywający się w Republice Południowej Afryki dramat polityczny z mocno pogmatwaną warstwą obyczajową, godną najlepszych oper mydlanych.

Apartheid, ziemia i nierozliczona przeszłość
Wpierw byliśmy na północy, teraz wybieramy się na południe. Niezmiennie opisy Caryla Fereya wypadają niezwykle wyraźnie i prawdziwie. Zresztą ten scenarzysta i pisarz odbył w wieku 21 lat podróż dookoła świata, co zdaje się doskonałą referencją i wyjaśnia, dlaczego jego fabuły wypadają tak wiarygodnie. Nawet gdy rozgrywa wątek science fiction, jak w „Islanderze”. Z tym że tym razem fabuła opiera się nie o dystopię, a o politykę RPA.

Upadek apartheidu, czyli systemowej segregacji rasowej narzuconej przez władzę państwową, to nie koniec tarć politycznych. Afrykanerzy nadal mają swoje posiadłości i korzystają do woli z przywilejów. Miejscowa ludność haruje na granicy niewolnictwa i dąży do odzyskania swoich ziem. Tylko co jest czyje, po latach już nikt nie jest pewny, bo budowle, winnice i inne uprawy same nie powstały. Czasami chce się zająć czyjąś stronę, momentami wręcz naturalnie, ale po posłuchaniu argumentów obu stron nic nie jest oczywiste, ale czarne i białe jednak jest. A gdzieś pod spodem jest jeszcze skrajna biedota i część ludności praktykująca stare praktyki i wierzenia.
Porwanie, śledztwo i siedzenie na beczce prochu
„Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu” zaczyna się od akcyjnej eksplozji wywołanej przez próbę ucieczki stłumioną pościgiem z użyciem psów i zwieńczoną chłostą. Tempo narracji zmienia się w zależności od przekazywanych treści. Bywają bardzo szybkie fragmenty. Czasem wręcz trzeba się zatrzymać, bo od napięcia robi się duszno, jak choćby w scenie skrzyżowania spojrzeń między dzieciakami na plantacji. Zdaje się, że wystarczy iskra, aby doszło do eksplozji. Momentami też akcja się wlecze, zwłaszcza gdy policyjne śledztwo utyka w martwym punkcie lub dochodzi do politycznej wymiany zdań.

Corentin Rouge spisuje się tu równie doskonale jak w Islanderze, a nadal mam jeszcze RIO do nadrobienia. Powiększony format świetnie przenosi panoramiczne ujęcia. Rozkładówka z widokiem na prowincję przylądkową zachodnią pokazującą region winiarski wręcz zachwyca. Sceny akcji prawdopodobnie lepiej by wypadły w amerykańskim formacie, bo w zasadzie jest to komiks wykonany po amerykańsku. Artysta włada realistyczną kreską, jeśli lubicie XIII Van Hamme’a i Vance’a, to pokochacie też komiksy tego rysownika, bo choćby auta oddawane są z podobnym pietyzmem. Bez problemu poznacie Toyotę Hilux, a że się pojawia, to w sumie nie dziwne. To auto pokochały różnego rodzaju bojówki za jego wytrzymałość i dostępność, także na rynku afrykańskim.
Finał z impetem i cień nadziei
Wątków i postaci jest tu bardzo dużo i trzeba trochę uwagi, aby się nie pogubić. Wbrew pozorom to nie jest komiks czysto polityczny, bo ten cały konflikt jest tylko tłem czy platformą, na której rozgrywa się baza. Na plantacji dochodzi do tragedii, niemowlak zostawiony przez matkę, aby mogła pomóc w pracach, zostaje porwany. Jego tropem rusza porucznik Shane Shepperd. W gronie postaci są właściciele farmy, robotnicy, ale też przeciwnicy politycznych frakcji. Zdaje się wręcz niemożliwe, aby te postacie mogło coś połączyć. Złożone realia kraju z jednej strony, a z drugiej pogmatwane losy bohaterów tworzą pajęczynkę połączeń, przez co wszystkie wątki się ze sobą łączą.

W tej opowieści właściwie są dwa miejsca, w których dochodzi do eksplozji akcji. Jedno to oczywiście finał, w którym cała sprawa zostaje rozwiązana, ale gdzieś w połowie przeprowadzana jest jeszcze akcja w slumsach, dzięki której dochodzi do przełomu w sprawie. Dzięki temu czytelnik wręcz huśta się przez ten komiks, czas spędzony przy lekturze się nie wlecze, a zakończenie wpada z pełnym impetem. Na koniec jest jeszcze dający nadzieję gest, bo dochodzi do ponownego skrzyżowania spojrzeń, ale tym razem w oczach nie widać nienawiści. Postać można jeszcze chwilę w milczeniu z cierpiącą matką, ale z góry wydaje się, że nic się nie zmieniło.
Czytaj więcej: Islander. Wygnanie. Tom 1 – dystopijna przyszłość Europy w monumentalnym komiksie science fiction
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Caryl Ferey
Ilustrator: Corentin Rouge
Tłumacz: Paweł Łapiński
Wydawca: Non Stop Comics
Format: 235×310 mm
Liczba stron: 152
Oprawa: Twarda
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









