Batman. Miasto szaleństwa – recenzja komiksu Christiana Warda | Gotham w stylu horroru

To, że w komiksach o Batmanie jest więcej osób, które powinny pójść na terapię zamiast na trening, wiem już od dawna. Niemniej to Christian Ward i jego album „Batman. Miasto szaleństwa” pogłębiają, i to jest naprawdę dobre słowo, mitologię wariatów z Gotham. I nie myślę tylko o szaleńcach zamkniętych w Arkham.

Batman. Miasto szaleństwa

Batman w świecie ekspresjonizmu i koszmarów

Zacznę od warstwy graficznej, bo zanim wszystkie elementy układanki wskoczą na swoje miejsce, jest to album głównie do oglądania. A mrok w wykonaniu Warda jest wyjątkowo barwny i to w rozumieniu ekspresjonistycznym. Sam artysta w inspiracjach wymienia Neala Adamsa oraz fascynację filmami Tima Burtona. Określa się też naśladowcą Dave’a McKeana. Każdy z tych tropów można zgłębiać i eksplorować i nie będą to poszukiwania zakończone w ślepym zaułku.

Niemniej gdy zobaczyłem alternatywne okładki Billa Sienkiewicza i Martina Simmondsa, stwierdziłem, że dobrze poradziłyby sobie nawet na froncie albumu, nie wywołując zbytniego rozczarowania, że właściwa część komiksu stworzona jest w innym stylu. „Batman. Miasto szaleństwa” znajduje się gdzieś pomiędzy tymi ekspresjonistycznymi i malarskimi wpływami, choć oczywiście oryginalnych smaczków i niuansów Ward ma już na pęczki. Choćby „źle” namalowana zła odsłona Harveya Denta. Naprawdę genialne.

Christian Ward i mroczna mitologia Gotham

Jak to w najlepszych opowieściach o Batmanie bywa, Gotham nie jest tu mroczną areną wydarzeń do oklepywania kolejnych zbirów. Znaczy jest, ale nie tylko. Cytaty przed każdym z trzech rozdziałów dobrze to podkreślają. „To miejsce żyje… karmi się bólem… i jest wiecznie głodne”. Czy „Miasto stworzone dla Batmana. Batman stworzony dla miasta. Maszyna do wywoływania traumy”. Trafne, prawda? Obieg się zamyka, w ten sposób historie o bólu można opowiadać bez końca.

Batman. Miasto szaleństwa

Christian Ward pogłębia przede wszystkim wiedzę o Arkham. I to dosłownie, bo schodzimy pod poziom miasta, by poznać jego podziemną wersję. A tam znajdziecie i podziemną wersję Batmana, i Harveya Denta. Jeśli chodzi o Two Face’a, to autor raczej mnie nie przekonał, bo wymyślenie tej wariacji wyszło trochę na siłę. Za to Batman jest jeszcze mroczniejszy i bardziej upiorny. I w sumie dobrze łączy się z główną intrygą. Wśród inspiracji powinien pojawić się Lovecraft i jego Cthulhu, ale temat jakoś został przemilczany. Może nikt się nie pozna. Ja się poznałem, zwłaszcza że podpowiedzią jest okultyzm. Szczęka Batmana z dolnego Gotham jest jednoznaczna.

„Batman. Miasto szaleństwa” zostało podzielone na trzy części. Rozglądanie się po tej wersji Gotham wykonane jest dość spazmatycznie, dopiero pod koniec wszystko się układa. Może to być celowy zabieg, tak aby niezrównoważenie sączyło się też z samej narracji. Większy format to oczywiście dodatkowy atut dla ilustracji, a naprawdę jest na co popatrzeć. W formacie amerykańskim grafiki nieco by się kisiły, a tak wyglądają świetnie.

Czy warto przeczytać „Batman. Miasto szaleństwa”?

Jest tu szereg postaci drugoplanowych. Pojawia się Trybunał Sów, na scenę wchodzi na chwilę Nightwing, ale ku mojemu zrozpaczeniu nie gra jakiejś ważnej roli. Najciekawiej za to wypada odpowiedź na pytanie, czy maska Batmana zawsze musi skrywać oblicze Bruce’a Wayne’a.

Batman. Miasto szaleństwa

Jest też dość zgrabna klamra narracyjna zbudowana wokół Alfreda. Pisanie listów jest formą autoterapii, lecz w Gotham jest mnóstwo ciemnych charakterów, którzy chętnie przeczytaliby te zapiski. Czy jest tu furtka pod kontynuację? Być może. Póki co dostajemy zakończenie cieplutkie niczym nagrzany termoforem kocyk. Czasem wystarczy przytulenie, by ukoić skołatane nerwy. Zgadzam się.

Niestety wątek dolnego Gotham zamykany jest w wybuchowym spokoju. Szkoda, bo wygląda to na jednorazowe rozwiązanie, a potencjału było jeszcze sporo. Świetnie wyszło zwłaszcza wysunięcie kandydata na Robina dolnego Gotham oparte na uprzedzeniach rasowych. Tak to się robi w mieście Batmana. Zemsta napędzana cierpieniem i tęsknotą. Brawo dla Christiana Warda. Chętnie zobaczę jeszcze jakąś historię z jego ilustracjami, niekoniecznie dziejącą się w Gotham, choć trzeba przyznać, że czuć, iż spełnił swoje marzenie z dzieciństwa.

Czytaj więcej: Batman. Pełnia – Mroczny horror DC Black Label | Recenzja

Informacje o wydaniu

Scenarzysta: Christian Ward
Ilustrator: Christian Ward
Tłumacz: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Egmont
Seria: DC Black Label
Format: 225×285 mm
Liczba stron: 176
Oprawa: Twarda
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo

Share This: