Cringe Club – recenzja książki młodzieżowej o dojrzewaniu, wstydzie i byciu sobą
„Cringe Club” Emily-Jane Clark to młodzieżowa pozycja plasująca się gdzieś między książką a komiksem. Całość została zrealizowana przez Wotto w formie wydrukowanej (eee, no tak, niektórzy nawet drukują maile) konwersacji z komunikatora. W większości jest to rozmowa między trójką przyjaciół Liv, Devonem i Kennedy, która opuściła wieś i po rozwodzie rodziców przeniosła się z matką i starszą siostrą do Londynu, ale wtrącane są też inne konwersacje, pozwalające szerzej spojrzeć na sytuację.

Cringe Club jako bezpieczna przestrzeń
Cringe Club to czat, który ma dwie główne funkcje. Pozwala Kennedy być w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi, to raz. Dwa, rozładowywać napięcie po pełnym stresu dniu w szkole. Dzieciaki bywają okrutne, co niestety się nie zmienia. Szkolne społeczeństwo naładowane jest walką o popularność, przyjaciół, a nawet jak ktoś chce sobie zwyczajnie z boku poegzystować, to zaraz pada ofiarą drapieżników wyśmiewających się czy z wyglądu, czy… z czegokolwiek.
No i do tego jest młody człowiek, który nadal odkrywa. Jak zawiązywać przyjaźnie, jak radzić sobie w życiu, jak egzystować w grupie, jak nie dawać sobie wchodzić na głowę i co najważniejsze, jak być sobą. Jak to dziwne, obciachowe czy, no właśnie, cringowe by to nie było. Znalezienie balansu między przyjętymi normami zachowania a zachowywaniem się tak, jakby inni oczekiwali, to bardzo trudna rzecz i często zwyczajnie się nie udaje albo kończy katastrofą.

I tak Kennedy próbuje egzystować w nowej szkole, podpada najpopularniejszej dziewczynie z klasy, zostaje jej przyklejona łatka wieśniaczki, której towarzyszą różne ksywki, najczęściej o zabarwieniu pejoratywnym, chciałaby znaleźć choć jedną, prawdziwą przyjaciółkę i pojawia się niby Eva, ale zostaje wystawiona na naciski emocjonalne i sytuacja staje się skomplikowana. Jest niby jeszcze sympatyczna bibliotekarka. I jest siostra Kennedy, ale wiadomo. Relacje między rodzeństwem są pogmatwane. Na końcu zostaje Cringe Club.
Pierwsze wrażenie kontra przyjemność z czytania
Chyba nie za bardzo zrozumiałem po opisie, z czym będę miał do czynienia. Po otwarciu tej książki nieco mi mina zrzedła, ale się okazuje, że „Cringe Club” czyta się wyśmienicie. Może dlatego, że jestem przyzwyczajony do takiej formy komunikacji. Dochodzi do projektowania sytuacji, jak w jaskini Platona, bo widać tylko cień przechodzącej za plecami procesji, ale to w zupełności wystarcza, aby „zobaczyć” ten komiks. No i bywa, że wpadają jakieś zdjęcia czy z rzadka memy. Chyba specjalnie ograniczane, aby „Cringe Club” nie stał się książką memów, ale może i dobrze.

Pamiętam, jak mama mi mówiła, że w zasadzie jako dorastający człowiek to nie znam stresu. I rzeczywiście problemy dorosłych zdają się dużo poważniejsze, a pomyłki potrafią dużo kosztować. I mimo że jestem już od dawna po drugiej stronie barykady, to staram się wyzbywać bagatelizowania problemów dzieci i nastolatków. O dzieci trzeba dbać i pomagać im rozwiązywać problemy, choć rzeczywiście należy też szanować decyzje, jak to kilkukrotnie pokazała Kennedy, o chęci rozwiązania trudnych sytuacji samemu.
Społeczne reguły młodości
Młodość, pod względem społecznym, wcale bym nie chciał do niej wracać. Pełna jest niepisanych zasad. Co wypada, a co nie. Co jest normalne, co fajne, a co obciachowe. Bądź sobą, to się łatwo mówi takim starym prykom jak ja, którzy właściwie mają wywalone na to, co sobie inni pomyślą, a to, że będą się zachowywać w sposób odbiegający od standardów, właściwie im nie szkodzi. Mogę sobie wywoływać obciachowe scenki i śmiać się z zażenowania innych, takie już prawo rodzica.

„Cringe Club” ma wyraźny finał i zakończenie, które widać już przed ostatnim zakrętem. No przynajmniej dla mnie nie było trudne do przewidzenia. I to znowu jest prosta prawda o tym, że najlepiej robić to, co się lubi najbardziej, a nie to, co lubi robić grupa. Czasem wystarczy prosta zamiana jak między Liv a Devonem i wszystko już gra i buczy, czasem trzeba trochę pokombinować. Na koniec książki dla Kennedy i jej przyjaciół wszystko się układa, ale wtedy wtrącona zostaje osobna rozmowa najpopularniejszej dziewczyny w klasie i jej grupy „tapeciar”. Brzmi to jak planowanie zemsty arcywroga? Będzie ciąg dalszy? Na to wygląda.
Czy czuję zażenowanie, że przeczytałem książkę dla młodzieży i to z dziewczyną jako główną bohaterką? W żadnym wypadku. A nawet bardzo mi się spodobała fioletowa, lśniąca koperta, w jakiej ta książka do mnie przyjechała (zajrzyjcie do unboksingu, filmik poniżej). No i co ja jeszcze mogę powiedzieć. Podobnie jak Devon bardzo lubię musicale. Ostatnio byłem na mega baskim „SIX” i już planuję, aby pójść jeszcze raz. Czy bywa mi wstyd? Czasem, ale starym koniom wszystko wolno, ale dzieciaki. Spokojnie! Czas leci szybko, ale póki co, nie dawajcie się!
Autor: Emily-Jane Clark
Ilustracje: Wotto
Tłumacz: Kaja Makowska
Wydawca: Jaguar
Oprawa: miękka
Format: 128×198
Liczba stron: 352
Data premiery: 14 stycznia 2026
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo








