G.I. Joe. Zemsta Bludda. Tom 2 – bezlitosna akcja w Energon Universe
„G.I. Joe. Zemsta Bludda” to niby drugi tom o ekipie komandosów, ale w Energon Universe, w którym są też Transformersy, tomów jest dużo więcej. Przyznam, że mam spore zaległości, nawet w seriach, na które stawiałem najmocniej, czyli „Transformers” i „Void Rivals”. A czołowe postacie z G.I. Joe z obu stron konfliktu dostały swoje tomy poboczne. Jest co czytać. Co u tej popularnej drużyny? Ano doskonale, w tym przypadku to oznacza akcję.

Transformersy, Baronessa i oko za oko
Połączenie z Transformersami jest tu widoczne od samego początku. Aż po paru stronach wróciłem do okładki, czy to na pewno tom z G.I. Joe, bo na samym początku mamy same boty. Po chwili sytuacja się stabilizuje i na placu boju pozostają Clutch i Hound, który potrafi się zmieniać w amerykański, klasyczny samochód terenowy. Na moje oko Ford Mutt. Ma to sporo sensu, no bo w tym środowisku daje to kamuflaż doskonały, ale chyba Hummer był bardziej na czasie. No ale nadal nie jest to czerwony ciągnik siodłowy z naczepą. Ten by rzucał się w oczy od razu.

Na drugiej scenie pojawia się Courtney, czyli Cover Girl, oraz Baronessa, po przejściu na dobrą stronę. Przeszłość, jak to bywa w takich przypadkach, zaczyna takiego delikwenta, czy delikwentkę ścigać. W tym miejscu pojawia się Major Bludd, a jego zemsta to przysłowiowe „oko za oko”. I to dosłownie. Co się nie stanie, wiedzcie jedno. Będzie brutalnie i krwawo.
Energon, Autoboty i nowy układ sił
Następuje naturalny podział sił między tymi dobrymi a łotrami. G.I. Joe wspierane są przez Autoboty. Po stronie Kobry mowa o Decepticonach, ale tu sprawa nie jest oczywista. Roboty potrzebują Energonu, aby odzyskiwać siły. Bez źródła energii każda technologia wysiada. Na Ziemię spada kosmiczny konflikt, co zmienia podział sił oraz pojawia się zaawansowana broń. Otwierają się nowe możliwości, trzeba podążyć za zmianami, jeśli nie chce się pozostać w tyle czy po prostu zginąć. W pojedynku metal kontra ciało wrażliwi ludzie naturalnie przegrywają.

„G.I. Joe. Zemsta Bludda”, co zupełnie nie zaskakuje, to akcyjniak pełny pojedynków. Czy to w bazach wojskowych, czy w romantycznych sceneriach, bo chyba nie ma bardziej intymnej scenerii niż kolacja w paryskiej knajpce. Widok na stalową damę jest oszałamiający, to trzeba przyznać, niemniej Raptor opanowujący przestworza i spadający na paryskie uliczki w towarzystwie drapieżnych ptaków niesie śmierć i zniszczenie w jedną z najpiękniejszych scenerii świata.
Bywają też akcje rozgrywane gdzieś na uboczu w nieco innych sceneriach, choćby wkradanie się do domu pewnego milionera, który w środku swojej posiadłości ma ukrytą skrzynię oznaczoną liczbą 47. Od razu przypomina mi się Agent 47, czyli Hitman, który do misji tego typu pasowałby doskonale.
Czysta rozrywka bez wstydu
Zresztą sprawdziłby się też w misji, do której potrzebna jest snajperka. W G.I. Joe akcje tego typu dedykowane są kobiecie zwanej Shooter Ekhm. No cóż, może czasem z pseudonimami nie ma co wydziwiać, ale trochę ekwilibrystyki by nie zaszkodziło. Niemniej wprowadzenie tej postaci odbywa się w bardzo ciekawy sposób, poprzez wyciągnięcie jej z więzienia po nieudanej misji. W ciemnej celi Shooter robi to, co kocha najbardziej. Poluje i eliminuje cel. Niby jest to tylko mucha, ale sekwencje wypadają dynamicznie i są pełne napięcia. Ucieczka, ostatnie spojrzenie w tył, zimna kalkulacja i mimo że się nie zapowiadało, jednak końcowo „misja wykonana”.

Siłą komiksu takiego typu jest rozrywka. I tak jak w filmach, lubię kino akcji, choć nie stawiam go wysoko w swoich priorytetach. Pod względem artystycznym są zwyczajnie dużo lepsze rzeczy, ale dobrą zabawą gardzić chyba nie ma co. Pamiętam, że rednacz TM-Semic, Marcin Rustecki, zadziwiony był fenomenem G.I. Joe. Czy źle, że komandosi mają swoich fanów? W sumie to każdy może sobie czytać, co tam chce. Jestem na tyle zaciekawiony, że zajrzałem do kolejnego tomu i tym, co tam znalazłem, rozczarowany nie jestem.
Aha, pod względem graficznym ton wyznaczony jest przez Daniela Warrena Johnsona. Mimo że nie ma go tu na liście płac, to duch jego stylu unosi się nad każdą planszą z tego albumu. Przypomina to trochę sytuację w Marvelu po sukcesie Fantastic Four #1, kiedy to Jack Kirby nałożył swój styl na wydawnictwo. Albo gdy Todd McFarlane zmienił na kilka lat sposób ilustrowania Spider-Mana. Energon Universe pełne jest dynamizmu i śmiałej pracy tuszem, do której przyzwyczaił nas DWJ. Mi się póki co nie przejadło. Zemsta jak poszła, tak poszła, ale to nie koniec.
Czytaj więcej: G.I. Joe. Kobra atakuje! Tom 1 – klasyka militarnej akcji w nowoczesnym wydaniu
Scenarzysta: Joshua Williamson
Ilustrator: Andrea Milana, Marco Foderà
Tłumacz: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawca: Nagle Comics
Seria: G.I. Joe
Format: 170×260 mm
Liczba stron: 144
Oprawa: Miękka
Druk: kolor
Papier: kredowy
Egzemplarz udostgępniony przez wydawnictwo









