Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima – Powrót do średniowiecznego świata DC
Po bombastycznej Wojnie Trzech Królestw pisałem, że średniowieczne uniwersum z bohaterami DC spokojnie pomieści jeszcze jakieś opowieści. Pewnie nie bolało sprawdzić, ale tym bardziej, że tego nie zrobiłem ucieszyła mnie zapowiedź kontynuacji. „Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima” to tym razem krótsza, sześcioczęściowa odpowiedź, w której centrum stoi Deathstroke, po której wjeżdża jeszcze króciutkie „Dziecko morza”.

Czy trzeba znać poprzedni tom?
Czy można sięgnąć po „Wszechzimę” bez znajomości „Wojny Trzech Królestw”? Jay Kristoff opowiada zupełnie osobną opowieść, przenosząc się na północ, lekko tylko wspominając wydarzenia z oryginalnej serii. Nie wyjaśnia natomiast, skąd się wzięli bohaterowie DC w średniowieczu. No i w połowie historii na głównego bohatera spada i to dosłownie Batman. I tu może być najwięcej dezorientacji, bo ta postać nie została przełożona jeden do jeden z głównego uniwersum i choćby to, że ma moce, może troszkę dziwić.

Wszystkie elseworldy działają w ten sposób, że szukamy odpowiedników znanych postaci. Głównym daniem jest oczywiście Deathstroke, który i tutaj jest zabójcą na zlecenie, ale w tych realiach bliżej mu do któregoś z bezwględnych wikingów z Thorgala, czy nawet do Wiedźmina, bo polowania na potwory też się zdarzają, niż do superżołnierza w granatowo pomarańczowym kostiumie. Na deser dostajemy opowieść o dziecku wyłowionym z morza, który zamierza odzyskać władzę nad podwodnym królestwe, no czyli jest tu jeszcze Aquaman.
Baśniowa klątwa
„Mroczni Rycerze ze Stali. Wszechzima” dociera do nas w zasadzie już wiosną. Trochę szkoda, że nie miesiąc wcześniej, tym bardziej że takiej zimy, jak w tym roku to już dawno nie było. Nadal, było jej zaledwie kilka tygodni, Jay Kristoff rozpętuję dużo większą zawieruchę, bo trwającą już od 21 lat, więc w tytule nie ma ani krztyny przesady. Właściwie to zakładałem, że dostajemy tutaj reinpretację fimbulvinter, ale ta trwałaby tylko 3 lata, po czym zięmię rozerwałby Ragnarok.

Prawda leży gdzie indziej, po odsłonięciu wszystkich kart, staje się to tak oczywiste, że aż zastanawiałem się dłuższą chwilę, czemu nie widać zakończenia z daleka. Elementy opowieści tak sprytnie zostały ze sobą wymieszane i poukładane w taki ciąg, że finał przynosi dużo radochy. Jay Kristoff korzysta z magii i zimę wysnuwa z rzucenia uroku w klasycznej baśni. Tylko tym razem obywatele królestwa nie usypiają, a zamek nie zarasta dziką roślinnością, a wszystko skute jest lodem. W imię miłości, więc może oprócz Śpiącej Królewny jest też trochę Królowej Śniegu.
Ach, no i jest jeszcze przecudne, choć kończące się tragicznie nawiązanie do „Epoki Lodowcowej”. Wiewiór biegający z ostatnim żołędziem w zasięgu wzroku kojarzy się jednoznacznie. Szkoda tylko, że Jay Kristoff rzuca w zakochane wiewiórki Batmanem, tak jakby w tej skutej lodem krainie nie było już miejsca na miłość i nawet najmniejsze gesty dobroci.
Czarno biała oprawa i brutalny klimat
W warstwie graficznej przeprowadzony został mały eksperyment, bo dla podkreślenia obezwładniającego mrozu usunięto z komiksu prawie wszystkie barwy. W większości Wszechzima jest czarno biała. Ale wyzucie z barw nie dotyczy dziecka, który ma kontakt z Zielenią. Chłopak kontrastuje z otoczeniem i na pierwszy rzut oka widać, że jako jedyny może ocalić królestwo. Nie dziwi więc, że w szybkich skokach akcji trafia pod opiekę Deathstroke’a. Im bliżej końca, tym kolorów więcej, a Aquaman został zrealizowany już w pełnym kolorze.

Miecze, topory, włócznie i kusze. No Deathstroke, a więc w wielu miejscach jest brutalnie. A najemnik nie przebiera też w słowach, ale wszystkie bluzgi zostały wyhaszowane. W zasadzie nie trudno się domyślić, ale niewinnego młodzieńca to nie dotyczy. Mocno mnie rozbawiło, gdy po rzuconym przez Deathstroke’a „Weź nie @#$%!, młody odpowiada „Czego mam nie robić”? No pięknie.
Deathstroke to świetna postać, jako wiking sprawdza się doskonale, a jeśli czytaliście wydane u nas tomy Młodych Tytanów pisanych przez Marva Wolfmana, to tym bardziej będziecie cieszyć się z Wszechzimy. „Kontrakt Judasza”, czy tam „Próby Terminatora” to świetna historia, mam nadzieję, że ktoś pokusi się kiedyś, aby wydać cały run Wolfmana. Póki co w kolekcji „Bohaterowie i Złoczyńcy” mamy kilka tomów, a ja mam na pewno jeszcze jeden album do nadrobienia. I to poświęcony Deathstrokowi.
Czytaj więcej: Mroczni Rycerze ze Stali. Wojna Trzech Królestw
Scenarzysta: Jay Kristoff, Tom Taylor
Ilustrator: Tirso, Riccardo Federici
Tłumacz: Marek Starosta
Wydawca: Egmont
Seria: Mroczni Rycerze ze Stali
Format: 170×260 mm
Liczba stron: 224
Oprawa: Twarda
Druk: kolor
Papier: kredowy
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









