Rogue Sun. Knight Sun. Tom 3 – recenzja komiksu z Massive Verse
Rogue Sun. Knight Sun to kontynuacja serii, której bohaterem jest Dylan Bell, od niedawna superbohater, wcześniej nastolatek z rozbitej rodziny. Trzeci tom ma do zaoferowania piekielną rozpierduchę, hordę złoli i równie duży tłum po stronie dobrych, choć którzy to ci dobrzy, to trudno się połapać. W końcu jednak dobro zwycięża, czy tam zwyciężają ci, którzy powinni.

Dojrzewanie… albo opętanie
Dylan nie jest pierwszym Rogue Sunem, bo był nim zarówno jego ojciec Marcus, jak i Owen, jego dziadek. A wcześniej oddział innych gości, dla odróżnienia niektórzy mają własną odmianę pseudonimu, jak Rune Sun, były wiking, czy Demon Sun. No i jest jeszcze Knight Sun, który opanowuje ciało Dylana, a jego dusza trafia do Kamienia Słonecznego. Tak, tak. Parrott jedzie w tym tomie po całości.

Zaczyna się dość przyjemnie, bo opętany Dylan zachowuje się… dojrzale. Zbuntowany nastolatek po dramatycznych wydarzeniach z dwójki uspokaja się i tonuje. Potrafi przeprosić, ale głowy nie nosi spuszczonej, tylko chodzi wyprostowany i zachowuje się odpowiedzialnie. Rodzice, obserwujcie swoich nastolatków, bo może wcale nie dorastają, tylko ich ciało zostało przejęte przez jakiegoś starego ducha.
Nadmiar wszystkiego
Pokochałem Rogue Suna za treści obyczajowe, a zwłaszcza za postawienie na świeczniku relacji ojcowskiej. Ale żeby ją w pełni rozliczyć, trzeba się przyjrzeć też poprzedniemu pokoleniu i na scenę wkracza Owen. Twardy z niego skubaniec, ale i tak go polubiłem, może głównie dlatego, że tęsknię za swoim dziadkiem. Niemniej pewnie sami zauważyliście, że dziadkowie traktują wnuki inaczej, niż traktowali dzieci, prawda? Miło popatrzeć, że staruszek nie miał łatwo ze swoim ojcem. Obyczajowo więc znowu jest całkiem nieźle, ale ogólnie seria i tak zalicza kolejny zjazd.

Może lubicie, gdy postaci jest cały tłum, dla mnie zwyczajnie wszystkiego jest za dużo. Cała ekipa Rogue Sunów, co wprowadza vibe Spawna, bo tych też było piekielnie dużo. Ba! W mnożeniu ewolucji obleczonych w czarne zbroje bohaterów pojawia się też jeden biały, by podkreślić przejście ze śmierci do życia. Dalej różnego rodzaju demony, które gardzą zwykłymi białymi komiksowymi chmurkami i wolą mówić w czerwonych albo czarnych, tudzież przynajmniej wymuszają zmianę czcionki. No i jeszcze przyrodnia rodzina Dylana, no czego tu nie ma. Wampiry, wilkołaki i wysysająca dusze demonica.
Piekielny klimat
Jeżeli czytaliście wcześniej komiksy superbohaterskie, a jeśli sięgacie po Rogue Sun to zakładam, że tak, to będą się wam kojarzyć już znane postacie. I chyba najczęściej przychodził mi do głowy Ghost Rider, a także Spawn. Komiks zanurzony jest w czerni, akcja najwyraźniej rozgrywana jest w nocy. Oprócz scen w Kamieniu Słonecznym oczywiście. A ciemność rozświetla wszechobecny ogień, no bo i sam Rogue Sun płonie.

Mamy w tym tomie dwóch rysowników, Abel wpada na ostatni zeszyt, resztę zeszytów ilustruje Marco Renna, ale właściwie zupełnie tego nie czuć. Całość jest zilustrowana na stałym poziomie, bez żadnych rewelacji i zabiegów wymagających kręcenia komiksem. Ot, dynamiczna klasyka na dobrym poziomie. Od kreski ważniejsza jest tu kolorystyka, która spaja album. To dzięki niej ten komiks płonie.
„Rogue Sun. Knight Sun” zamyka set-up postaci. Dylan po trzecim tomie ma już ugruntowaną pozycję i może ruszyć w stronę nowych przygód, które mogą ponieść gdziekolwiek. Na ostatniej stronie jest mały hint, co będzie się działo dalej, ale w sumie z tych trzech kadrów trudno cokolwiek wywnioskować. Massive Verse rozwija się w dwóch różnych kierunkach, ale w końcu Rogue Sun spotka Radiant Blacka. Fakt, że jednak nieprędko.
Czytaj więcej: Rogue Sun. Hellbent. Tom 2 – nowy bohater, znajome motywy
Scenarzysta: Ryan Parrot
Rysunki: Abel, Marco Renna
Kolorystka: Natalia Marques
Tłumacz: Anna Sznajder
Wydawca: Non Stop Comics
Seria: Rogue Sun
Oprawa: Miękka
Druk: kolor
Format: 170×260 mm
Liczba Stron: 160
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









