Sknerus. Smok z Glasgow – recenzja komiksu | Nowa historia McKwacza
No to się Egmontowi udało dość niezgrabnie. „Sknerus. Smok z Glasgow” to następny komiks tworzony przez europejskich twórców w (w większości) dużym formacie z serii… Myszka Miki. O ile jeszcze epitet do twórców i wielkość się zgadza, no to najbardziej znanego na świecie gryzonia ani w tytule, ani w środku nie ma. Ale to pewnie najważniejsze nie jest, bo i tak najważniejszy jest tu najbogatszy kaczor świata.

Sknerus McKwacz – powrót do przeszłości
Inspiracje twórczością Carla Barksa i Dona Rosy
Wujek Sknerus kojarzy mi się z dzieciństwem, jak to nurkował w górze swoich monet i odbywał przygody przy boku żywiołowych siostrzeńców. Już w dorosłym życiu dowiedziałem się, że wujaszka stworzył Carl Barks, a Don Rosa napisał odę na jego cześć. No i właściwie „Smoka z Glasgow” nie byłoby, gdyby nie tych dwóch twórców, a nawet w środku znajdziecie elementy znane z ich komiksów.

Po krótkiej przebitce z przeszłości widzimy Sknerusa w jego końcowej ewolucji. W starym, wytartym płaszczyku, spacerującego po górze monet. Ale tym razem nie jest skory do opowiadania historii swojego życia, jak to bywało niejednokrotnie u Dona Rosy. Ale młodzieńczy Hyzio, Zyzio i Dyzio się nie poddają i docierają do historii ukrywającej się pod nagłówkiem starej gazety. Na długo zanim pojawił się Potwór z Lochness, istniał już Smok z Glasgow, z tym że po spełnieniu swojego zadania skrył się za zasłoną zapomnienia. To jednak błahostka, zwłaszcza dla wścibskich dzieciaków czy komiksowych scenarzystów kopiących po wątkach z przeszłości ulubionych postaci.
Oprawa graficzna Fabrizio Petrossiego
Oczywiście „Sknerus. Smok Glasgow” to komiksowa laurka, ale ma trochę od siebie do zaoferowania. Nowa, nieznana przygoda jak najbardziej jest na czele. Drugie to świeża oprawa graficzna, która ma za zadanie przyciągnąć młodych fanów obrazkowych historyjek. No bo starzy wyjadacze dużo wyżej postawią i Barka, i Dona Rosę. Fabrizio Petrossi włada obłą kreską, no wiadomo, musi być sympatycznie. Ale w jego cartoonowym stylu sporo zadziorności i luzu właściwego animacjom znanym z Cartoon Network.

Petrossi wykorzystuje rozmiar plansz i w kadrach daje dużo szczegółów. Na niektórych planszach dzieje się bardzo dużo, a oprócz pierwszego planu warto popatrzeć, co się dzieje obok. Może dla zrozumienia fabuły nie jest to potrzebne, ale przyznam, że daje to dużo frajdy i wydłuża przyjemność z obcowaniem z tym komiksem. Są to niby proste rzeczy, jak żaba wyciągająca jęzor po muchę albo kurczak wystawiający głowę z beczki, ale sprawia to, że poszczególne kadry wręcz tętnią życiem.
Choć oczywiście jesteśmy tu dla Sknerusa i to z początków jego kariery, czyli sprzed zarobienia pierwszej dziesięciocentówki i przed wyruszeniem w podróż pełną przygód. Dumny ród McKwaczów z tego okresu ledwo wiązał koniec z końcem, a to w rękach Skneruska położone jest przywrócenie chwały rodowi… i odzyskanie choćby starego zamczyska. Znam, pewnie tak jak wielu, tę postać od końca, więc wiem, że mu się uda.
Sknerus jako aktor – nietypowe ujęcie bohatera
Sknerusek, czy po młodzieżowemu i deko dziwnie Skner, to łobuzowaty chłopczyk, rozbijający się ze swoją paczką po zakazanych miejscówkach. Dla takich starych pryków jak ja to musi pobudzać melancholię. Zwyczajnie korciło, aby chodzić tam, gdzie nie można, choć nierzadko głupie to było i niebezpieczne. Tematem jednak przewodnim całej historii nie jest dzieciństwo, no bo przecież to, co najważniejsze z życia Sknerusa, widzieliśmy już u Dona Rosy… a aktorstwo.

Pucybut, marynarz, poszukiwacz złota, kowboj, drwal czy w końcu przedsiębiorca. Aktorem go do tej pory nie widziałem, choć w scenariuszu Chamblaina nie jest to wyłożone w sposób prosty, jako podjęcie się pracy lub realizacja hobby. Choć pewnie raczej należałoby to nazwać odegraniem roli na bardzo szerokiej scenie. Zakończenie jest cieplutkie jak kocyk, pod który włożono termofor. Postawa Skneruska i powody do działania są rozczulające, a na koniec wszystko staje się jasne i ma głęboki sens. Nawet oschłe zachowanie McKwacza na samym początku i spuszczenie zasłony milczenia na starą historię.
Czy warto przeczytać „Sknerus. Smok z Glasgow”?
„Sknerus. Smok z Glasgow” do kanonu największych opowiadań o McKwaczu raczej nie wejdzie, ale nadal jest to przyjemny albumik z ładnymi ilustracjami i ciekawą historią. Warto, bo można poznać najbogatszego kaczora świata od trochę innej strony i to nie tylko ze względu na umieszczenie akcji w czasach jego dzieciństwa, ale też podejmowanie tematu relacji, która może nawet miałaby szansę przerodzić się w romantyczną. A to już rzadkość. Następny tom z serii wg rozpiski w środku ma skupiać się na Superkwęku. Może być ciekawie.
Czytaj więcej: Wujek Sknerus i Kaczor Donald. Ostatni z klanu McKwaczów. Tom 4
Scenarzysta: Joris Chamblain
Ilustrator: Fabrizio Petrossi
Tłumacz: Maria Mosiewicz
Wydawca: Egmont
Seria: Myszka Miki
Format: 216×285 mm
Liczba stron: 56
Oprawa: Twarda
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









