Haunt – recenzja komiksu Image Comics od Studia Lain | Kirkman i McFarlane

„Haunt” to kolejna superbohaterska (choć nie czysto spandeksowa) seria od Image, którą prezentuje nam Studio Lain. Na raz otrzymujemy 18 z 28 opublikowanych zeszytów, więc jest to całkiem spora dawka czystej akcji. Nie zazdroszczę nowym bohaterom, no ale tu sprawę ułatwiają nazwiska. Robert Kirkman i Todd McFarlane, jako twórcy postaci, wspomagani przez Ryana Ottleya i Grega Capullo. To tak jakby na jednej sylwestrowej scenie wystąpili Maryla Rodowicz z Michałem Wiśniewskim, którym przygrywał Grzegorz Skawiński ze Zbigniewem Hołdysem.

Haunt

Mistrz z dawnych lat

Todd McFarlane był mistrzem mojego dzieciństwa. Bezwarunkowo uwielbiałem jego Spider-Mana i Spawna. Gdzieś w międzyczasie wpadł mi też jego Hulk, po dostarczeniu dziesiątek pięknych komiksów zajął się prowadzeniem firmy, no i może przez pryzmat dorosłego jest to wytłumaczalna decyzja. W imieniu mojego wewnętrznego dziecka i tysięcy innych fanów McFarlanowi pytanie „czemu już nie tworzysz komiksów” zadał Robert Kirkman, ten którego znacie z „Żywych trupów” czy „Invincible’a”. Finałem dyskusji, która się wywiązała, jest omawiany komiks.

Haunt

Todd McFarlane przekroczył wiele artystycznych mostów i pozostawił potężne krainy za plecami. To może nie jest tak, że „Haunt” to bezczelna zżynka ze Spider-Mana, ale jednak wiele co najmniej inspirowanych elementów można wychwycić. Zwłaszcza jeżeli pod lupę weźmie się symbioty. Kostium Haunta to pasożyt, który umożliwia kaskaderskie wyczyny, w tym przeskakiwanie i huśtanie się między wieżowcami. Gdyby tworzyć przez chwilę warianty Venoma albo kostiumu, który Spider-Man przywiózł z Tajnych Wojen, szybko dałoby się opracować wersję z otwartą szczęką i białym wirem na klacie. Popatrzcie choćby na Anti Venoma i już jest bardzo blisko.

Bracia, symbioza i emocjonalny konflikt

Na poziomie obyczajowym „Haunt” to prawdziwa opera mydlana w wenezuelskim wykonaniu, czyli pro. Główny, czy jeden z bohaterów, który jest Hauntem, to Daniel Kilgore, ksiądz skrywający rozczarowanie i wewnętrzną pustkę. Jego brat Kurt jest agentem specjalnym, ginie w trakcie akcji, ale nie całkiem umiera, bo ukazuje się bratu. Między rodzeństwem dochodzi do symbiozy, mimo lat nieporozumień w tajemniczy sposób wywiązuje się współpraca, w której połączony gniew obu jest główną falą nośną.

To, co odróżnia ten komiks od innej superbohaterszczyzny, to przemoc. Jeżeli nie mogliście patrzeć, jak Peter Parker krzyczy, bo Lizard rozrywa mu kostium, nie kalecząc przy tym ciała, to Haunta będziecie czytać z wielką satysfakcją. Momentami przemoc balansuje na krawędzi przejaskrawienia, bo strzelaniny czy walki wręcz przemieniają się w rzeźnię, ale właściwie pod tym względem seria się broni i przekonuje. Haunt wykonuje choćby skok przez gościa, przepoławiając go i wypruwając mu flaki. Zobaczyć możecie wszystko to, co Venom przez lata obiecywał Spider-Manowi, ale włodarze Marvela nie dopuszczali do druku.

Haunt

Jak dobrze się przypatrzeć, to zobaczyć można Juggernauta czy tam jakichś innych zmutowanych żołnierzy. Kurt w końcu trafia w zaświaty, dokładnie takie same, jakich doświadczył Peter Parker w „Ostatnich Łowach Kravena”, czyli zwyczajnie doświadcza białej pustki. Pod tym względem Haunt znowu balansuje na krawędzi plagiatu, ale rozkładówka nawiązująca do sekwencyjnych skoków Daredevila wygląda świetnie i zwyczajnie musi być celowym nawiązaniem. Zresztą jak zajrzycie do „Nightwinga” Toma Taylora, też takie zabiegi znajdziecie (więcej tu – klik).

Zgrany, mistrzowski kolektyw

Aha, no i „Haunt” to, tak jak pisałem na początku, nie tylko Todd McFarlane. Wpływ pozostałych jest wyczuwalny, bo nie brakuje lekkości scenariusza znanej z Invincible’a. W dwóch ostatnich zeszytach można wyczuć trochę mieszania w warstwie layoutów i tuszowania. Trochę szkoda, bo jednak można było się pokusić o jednolitą konsystencję warstwy graficznej, bo do tego momentu panowie Capullo, Ottley i McFarlane działali jak zgrany kolektyw.

Haunt jako superbohaterska opera mydlana

„Haunt” to taki kociołek różnych komiksowych elementów. Jest i rządowa organizacja, która ma tajną bazę, oraz ich zły przeciwnik. Jest też trochę magii i tajemniczych rozgrywek, duchów i demonów. Bohater doświadcza przemiany nie tylko na płaszczyźnie superbohaterskiej, bo lata w czarno białym wdzianku, ale też osobistej. Całość przyjemnie ze sobą koresponduje i zwyczajnie działa. Trochę szkoda, bo zdaje się, że od 19. zeszytu seria zaliczyła spadek jakości, głównie spowodowany zmianą zespołu twórczego i kolizjami z innymi seriami.

Haunt

Podsumowując, „Haunt” to przyjemne czytadło, które wchodzi dużo lepiej niż odświeżanie „Zmysłów” czy nawet „Cierpienia”. Obleczony w symbionta bohater miło wygina się w locie, przywołując stare wspomnienia, gdy siedziało się z nosem w „Spider-Manie”. Królują zwiewne rozkładówki i przestrzenne, pionowe kadry, a dynamizm zwiewa… no zresztą widać na okładce co.

Współtwórca, Scenarzysta: Robert Kirkman

Layout: Greg Capullo

Wydawca: Studio Lain

Szkic: Ryan Ottley

Współtwórca, tusz: Todd McFarlane

Seria: Haunt, Spawn

Format: 180×275 mm

Liczba stron: 448

Oprawa: Twarda

Druk: kolor

Papier: kredowy

Share This: