G.I. Joe. Wojna z Drednokami. Tom 3 – recenzja. Energon Universe z gazem wdepniętym w podgłogę

Lato to czas urlopów. Na zasłużone wakacje wybiera się też Duke. Tak jak wielu, wybiera miejsce, gdzie jest gorąco, choć sama pustynia mogłaby się okazać mało oczywistym kierunkiem. Ale największe zdziwienie wywołuje jednak towarzystwo. U boku Duke’a staje jego największy wróg, sam Cobra Commander. Tak zaczyna się „G.I. Joe. Wojna z Drednokami”, trzeci tom serii o jednostce specjalnej, tym razem jako część Energon Universe.

G.I. Joe. Wojna z Drednokami

Nieoczekiwany sojusz Duke’a i Cobra Commandera

Akcję obiecuje już sama okładka. I nie chodzi tylko o strzelaniny, dynamiczne ujęcia i sekwencje, operacje wojskowe oraz wybuchy. Jeśli liczycie na klasyczne elementy filmu akcji, to się nie zawiedziecie. Z tym że Joshua Williamson lekko zaskakuje. Zamiast spokojnie rozwijać wątek Energonu, tajemniczego źródła energii z kosmosu, oraz relacji Hounda z Clutchem, czyli jednym z G.I. Joe, narracja przeniesiona zostaje na trzy postacie, które zostały wprowadzone do świata wcześniejszymi spin offami.

I tu jest lekki zonk, bo odpuściłem sobie zarówno „Duke’a”, jak i „Destro” oraz „Cobra Commandera”. Na szczęście akcja jest wartka i wciągająca niczym paczka orzeszków w paprykowej posypce. Już na okładce czytelnik zostaje wsadzony na maskę pędzącego auta uciekającego przed pościgiem. Szybko zostajemy wciągnięci w nieoczekiwany sojusz, który być może miał szansę przetrwać. No ale przecież po Kobrze należy się spodziewać, że tylko czeka na atak w najbardziej dogodnym momencie.

Drednoki kradną show

Tak więc „G.I. Joe. Wojna z Drednokami” to nie tylko biegające żołnierzyki, ale także sprawnie poprowadzona fabuła. Mógłby to być film sensacyjny lekko zahaczający o science fiction, a w szczególności postapokalipsę, bo tytułowi Drednoki, a zwłaszcza ich domowej roboty opancerzone pojazdy, kojarzą się z bojówkami grasującymi po pustyniach w „Mad Maxie”.

Bardzo dużo jest panoramicznych ujęć rozciągniętych na sąsiednie strony. Są dynamiczne sekwencje, bo pościgi i strzelaniny co chwilę wybuchają. Są też ciasno kadrowane przebitki, przez które ciągle się coś dzieje. W ruch idzie naprawdę wszystko. Moim ulubionym orężem z tego tomu jest młot zrobiony z betonowego pustaka, ale gdy zostaje zastąpiony „mamuśką”, aż oczy same mi się cieszą. Ale nie powiem, ręka zrobiona z piły łańcuchowej też jest niczego sobie.

G.I. Joe. Wojna z Drednokami

No i oczywiście jest przenajróżniejszy sprzęt wojskowy. Co poniektóra broń pochodzi z kosmosu. Na scenę wlatują śmigłowce, pojawiają się też klasyczne wojskowe auta terenowe. A że ma to być widowisko, nie brakuje również obrotowego działka, które od użycia przez Arnolda Schwarzeneggera w drugiej części „Terminatora” stało się wręcz popkulturowym symbolem. Czy pojawia się kawaleria? No, w końcu do akcji wkraczają też G.I. Joe, choć jak się ma takiego Duke’a, to zgodnie z kwestią Rocka z którejś części „Szybkich i wściekłych” (naprawdę nie wiem z której, było ich już z tuzin): „To ja jestem kawalerią”.

Pulpowa oprawa graficzna

Świetną robotę wykonał tu zespół graficzny, który sprawia, że nie jest to kolejny mdły akcyjniak. Na pulpowo wykończone plansze patrzy się z ogromną przyjemnością. Kolor używany jest z rozwagą i raczej tonowany niż błyskający po oczach. Za to tusz to czysta poezja, choć tu nie chodzi o artystyczne uniesienia, tylko o frajdę. Jest tu mnóstwo elementów, z których będzie się cieszyć wasze wewnętrzne dziecko, chyba że zdołaliście je w sobie stłamsić. No bo jeśli nie ucieszycie się na widok gościa z młotem oraz z głową dzika, czy tam innego guźca, to ja naprawdę nie wiem, jak wam pomóc.

G.I. Joe. Wojna z Drednokami

Jeśli czytaliście poprzedni tom, nie dziwcie się, że zarówno sami G.I. Joe, jak i Transformerzy pojawiają się dopiero w końcówce. Hound to już w ogóle wkracza jako tajna broń przechylająca szalę zwycięstwa w kluczowym momencie. Nie wiem, czy po rozkręceniu serii ma to na celu skłonienie czytelników do sięgnięcia po spin offy. Ja trochę tak to interpretuję, ale może twórcy wcale nic złego nie mają na myśli.

Błąd drukarski i wzorowa reakcja wydawcy

Acha, szczęśliwcy, czy tak naprawdę nieszczęśliwcy, którzy zamówili ten komiks jako pierwsi, otrzymali egzemplarz z błędem drukarskim. Jedna ze stron z atakującym Cobra Commanderem została wydrukowana dwa razy. Za pierwszym razem Duke powinien zostać pojmany, a po chwili jest już ciągnięty po ziemi. Nie jest to jakaś tragedia, ale pełny szacunek dla Nagle Comics, że cały nakład został wycofany i komiks ponownie trafi na rynek. Tym razem bez błędu. Tak więc niniejsza recenzja trafia w sumie przed właściwą premierą.

Czytaj więcej: G.I. Joe. Zemsta Bludda. Tom 2 – bezlitosna akcja w Energon Universe

Informacje o wydaniu

Scenarzysta: Joshua Williamson
Ilustrator: Tom Reilly
Wydawca: Nagle Comics
Seria: G.I. Joe
Format: 170×260 mm
Liczba stron: 136
Oprawa: Miękka
Druk: kolor

Share This: