Żywe trupy. Dni utracone. Tom 1 oraz Wiele mil za nami. Tom 2
Z Żywymi Trupami pierwszy raz spotkałem się kilka dobrych miesięcy temu. Genialny serial, Kapitalna produkcja, Zobaczysz wciągnie cię – radzili kolejni znajomi. Nie lubię motywu zombie, ale postanowiłem sprawdzić. Siadłem, obejrzałem trzy odcinki i więcej do niego nie wróciłem. Serial walił trupem i nudą. Nie był zły, ale nie był też na tyle dobry by regularnie poświęcać dla niego tyle czasu. Minęło kilka miesięcy, a ja za namową znajomego wróciłem do historii Ricka i spółki, tym razem jednak tej oryginalnej – komiksowej. Na tapetę trafiły od razu dwa pierwsze tomy. „Żywe trupy. Dni utracone” oraz „Wiele mil za nami”. Zawsze drażniło mnie gadanie truizmów w stylu książka lepsza jak film. Ale wiecie co? Ten komiks, w przeciwieństwie do serialu, zamiata!
Bohaterowie nie mają pojęcia czym są potwory. Wiedzą za to, że niegdyś byli ich bliskimi, a jedyne co na nich teraz działa to dobry strzał w głowę. Umarlaki nie należą do zbyt inteligentnych, ale ich siłą jest liczebność. Są dosłownie wszędzie. W takich warunkach przychodzi żyć ocalałym grupkom zdrowych ludzi. Stary ład społeczny, wszelkie konwenanse i kodeksy moralne poszły w niepamięć. Liczy się to, żeby przeżyć. Zjeść coś, znaleźć sobie kogoś z kim można uprawiać seks i przeżyć kolejny dzień. Najlepiej w takim miejscu, gdzie można spokojnie przespać się kilka godzin bez pobudek na polowanie na sztywniaków. Ci, którzy szukają tutaj survivala w stylu zabijmy hordy przeciwników i bawmy się dobrze w imię rock’n’rolla, nie mają czego tu szukać. Żywe Trupy to obyczajówka. Historia o ludziach, którym przyszło żyć w strasznym świecie, którego nie rozumieją. W rzeczywistości, w której muszą podejmować trudne decyzje po to, żeby przetrwać. A oglądanie tego całego chorego syfu, sprawia sporą przyjemność.
Kiedy pierwszy raz otworzyłem komiks pomyślałem: o cholera! czarno-biały. Nie lubię produkcji bez koloru. Ale o dziwo czytało się to wszystko dobrze, a po dłuższej lekturze stwierdziłem, że kolor mógłby zepsuć cały efekt. Zamiast szarości życia bohaterów, byłaby kolorowa mozaika z wyeksponowanym truchłem. W Marvel Zombiessię to sprawdzało, tu mogłoby wszystko zepsuć. Moją uwagę przykuły także dialogi. Są naprawdę solidnie rozpisane. Postacie są autentyczne, nie gadają jak banda klonów, a kiedy trzeba przeklinają. Wulgaryzmy używane są z wyczuciem, nie ma ich ani za mało ani za dużo. W końcu to zombie apokalipsa, a nie piknik w lesie. Wyobraźcie sobie to: O nie! Rick. To monstrum zabiło naszego przyjaciela na oczach naszego syna. Co teraz zrobimy? Nie wyobrażam sobie naszej dalszej egzystencji.









Przeczytałam tytuł i wiedziałam, że to tekst Mariusza