Marvel Must-Have: Spider-Man Daredevil. Sezon Pierwszy – rarytas dla prenumeratorów – czy warto?
Obiecałem sobie, że kupię wszystkie tomy serii Marvel Must Have z Daredevilem. Spoko założenie, ale co zrobić z albumem, który de facto nie jest dostępny na rynku? Bo „Spider-Man Daredevil. Sezon Pierwszy” to pierwszy album prezentowy dodawany do prenumeraty. Taki prezent to ja rozumiem. Dużo lepszy niż kubek, zakładka czy nawet koszulka. Gorzej, gdy kolekcji się nie prenumeruje, tak jak ja. Pozostaje szukanie komiksu na rynku wtórnym. No i w końcu mi się udało. Czy było warto? No w środku przecież jest Daredevil.

Spider-Man Daredevil. Sezon Pierwszy – w skrócie
Genezy Spider-Mana i Daredevila w nowoczesnym wydaniu
Tym razem zamiast złotej etykiety z tytułem serii mamy srebrną. Jak dobrze widzę, tomy dodatkowe będą miały osobną panoramę na grzbietach. Ale to detale. Co w środku? Niestety z wielkim bólem muszę przyznać, że nie dostajemy wstępu ani dodatków poza szkicami. Szkoda, bo lekkie wprowadzenie by się przydało. No i uwielbiam „Oś czasu”. Zarówno Spider-Man, jak i Daredevil debiutowali w komiksach na początku lat 60. i to niemal od razu we własnych seriach. No dobrze, Pająk pojawił się najpierw w „Amazing Fantasy #15”, ale bardzo szybko dostał własny magazyn. Po co więc wracać do ich genezy?
To proste. Aby zachęcić nowych czytelników. W 2011 roku, gdy kinowe uniwersum Marvela przyciągało coraz więcej fanów, wydawnictwo postanowiło dodatkowo zachęcić do sięgnięcia po komiksy. Ale jak wskoczyć do pędzącego pociągu, czyli serii liczących po kilkaset zeszytów? Można zacząć od początku, ale tu z kolei ktoś może się zrazić dość archaicznymi rysunkami i narracją.
Odpowiedzią były serie z podtytułem „Sezon Pierwszy”. Skupię się oczywiście na Spider-Manie i Daredevilu, ale inne postacie też dostały swoje odsłony. Te znajdziecie w kolejnych tomach prezentowych. Otrzymujemy początki dość wierne pod względem scenariusza oryginałom sprzed lat, choć lekko uwspółcześnione i z kilkoma zmienionymi szczegółami. Nie wszystkie zmiany wyszły na plus.
Rysunki i kolory. Nowocześnie, ale czy lepiej?
Za to w warstwie graficznej mamy już duże zmiany. I z całym szacunkiem do wykonanej tu pracy, niestety jest bardzo mdło. Jak się okazuje z dodatków, głównie przez „nowoczesne”, gradientowe kolory nakładane cyfrowo. Serio, gdyby nawet zostawić sam ołówek, wyglądałoby to o wiele lepiej. Domyślam się, że chodziło o trafienie do młodszej publiczności, bo starym pierdzielom brak koloru raczej nie przeszkadza.

Oryginalna narracja była bardzo gęsta. Stan Lee i Steve Ditko potrzebowali tylko jednego zeszytu, aby opowiedzieć genezę Spider-Mana. W „Sezonie Pierwszym” zajmuje ona połowę albumu liczącego 230 stron. Ewolucja narracji przypomina mi trochę powstawanie mangi ze Spider-Manem w latach 70., kiedy japońscy twórcy argumentowali, że aby opowiedzieć historię z jednego amerykańskiego zeszytu, potrzebują około 100 stron. No i fakt, że komiks, przynajmniej superbohaterski, poszedł w stronę bardziej filmowego opowiadania, zamiast opisywać to, co widać na ilustracjach. No i dobrze.
Historia Spider-Mana pokazuje pierwsze dni superbohaterstwa i pojedynek z Vulturem. Wszystko opowiedziane jest spokojnie. Można się rozejrzeć i dobrze poznać Petera Parkera. Niestety na niekorzyść zmieniono dialog z pierwszym pracodawcą Pająka, przez co motyw wypuszczenia bandyty okradającego studio wyszedł trochę bez sensu, choć tragizm oczywiście pozostał.
W tej części jest też coś dla starych fanów. Szereg easter eggów nawiązujących do bogatej historii Spider-Mana. A to ksiądz prowadzący uroczystość pogrzebową ma na nazwisko Romita. A to wypatrzyć można dzieciaka w bluzie z napisem Morales. Jak zwykle odszukiwanie takich szczegółów daje sporo frajdy, a nowych czytelników ma szansę zaciekawić i skłonić do sprawdzenia, o co chodzi.

Inaczej ma się sprawa z Daredevilem. Tu twórcy zaprezentowali nieco inne podejście. Przez samą genezę Człowieka Bez Strachu przemknęli skrótowo, skupiając się na pierwszych dniach jego działalności i pierwszych pojedynkach. W związku z tym przeciwników jest więcej i dzieje się naprawdę sporo. Trochę można było zwolnić, bo zmiana stroju na pełnokrwisty odbywa się gdzieś za kulisami.
No i wychwyciłem kilka błędów. Choćby oślepienie radaru pod wodą. Przecież w wodzie dźwięk rozchodzi się bardzo dobrze, a z sonaru korzystają choćby delfiny. No i mała uwaga do tłumacza. „Nuda” przez wielkie „N” brzmiałaby poprawniej. Niemniej to szczególiki, których pewnie nikt inny nie wychwyci.
Czy warto polować na kolekcjonerski album?
Moim głównym zarzutem jest pytanie „po co?”. Genezy obu bohaterów opowiedziano powtórnie już wcześniej w dużo sprawniejszy sposób, choćby w „kolorowym” cyklu. Dużo mocniej polecam sięgnąć po „Spider-Man: Niebieski” i „Daredevil: Żółty” mistrzowskiego duetu Loeb i Sale. Na artystycznym szczycie jest też „Daredevil: Człowiek bez strachu” Franka Millera i Johna Romity Jr., którego znamy choćby z pamiętnego „Mega Marvela” z okładką „Daredevil #300”. Jedyne, co ta wersja oferuje, to względna zgodność z oryginałem, ale w sumie lepiej sięgnąć po przedruki klasycznych historii. Można poszukać odpowiednich tomów „Marvel Origins”. No i może jeszcze wartość kolekcjonerska, bo ten tom będzie bardzo trudno zdobyć.
Czytaj więcej: WKKM. Tom 33 – Spider-Man. Niebieski
Informacje o wydaniu
Scenariusz: Cullen Bunn, Antony Johnston
Rysunki: Neil Edwards, Wellington Alves
Tłumaczenie: Dominik Szcześniak, Łukasz Szostak
Wydawca Polski: Hachette
Druk: Kolor
Oprawa: Twarda
Format: 170×260 mm
Liczba Stron: 248









