Przeznaczenie X. Grzechy Sinistera – recenzja marvelowskiego chaosu mutantów
Kiedyś byliśmy do tego przyzwyczajeni. Czytaliśmy komiksy wyrwane z kontekstu. Czy to przez słabą dystrybucję, czy przez ogromne zaległości wydawnicze. Wydawnictwo TM-Semic robiło, co mogło, ale wielu dziur, choćby z lat 60. czy 70., nie zasypało. W momencie gdy dostałem dość niespodziewanie do recenzji „Przeznaczenie X. Grzechy Sinistera”, przypomniały mi się stare czasy. Nie jestem z Marvelem na bieżąco, a po rozpisce z tyłu wychodzi na to, że nadrabianie zajęłoby mi z tydzień albo dwa. No trudno. Za to jak bywało drzewiej. Cambai! Jak by to nieprofesjonalnie nie wyglądało.
Do przeczytania w recenzji
I oczywiście patrząc na rozwinięte drzewko wydarzeń Świtu X i Rządów X nie dziwne że odczuwam zagubienie. Po przeczytaniu pierwszego rozdziału spokojnie mogłem wrócić na początek. Najbardziej jednak zastanawia mnie, czemu Mister Sinister nie wygląda złowieszczo, a przypomina raczej przemokniętego na deszczu muszkietera.

Chimery, mutanty i chaos
Pewnie to znacie. Im więcej postaci, tym większy zawrót głowy. A tu oprócz mnóstwa znanych postaci są jeszcze liczne, szalone krzyżówki zwane genetycznymi chimerami. Ciekawie wypada Nightcrawler skrzyżowany ze Spider-Manem, ale najważniejszy i najbliżej Prawowitej Matki, mieszającej mocno w fabule i odpowiedzialnej za wykształcenie religii, znajduje się Banshee skrzyżowany z Ghost Riderem. Zwyczajnie wskoczyłem do pędzącego rollercoastera, a przechyłów było tyle, że nawet nie zdążyłem pomyśleć, aby zapiąć pasy.
Na łamach tego komiksu dochodzi do eksperymentu, którego celem ma być wstąpienie do Dominium. W tym celu Mister Sinister infekuje radę mutantów podobnymi kryształami, jakie sam nosi. Tak na boczku, kryształki pojawiają się też zamiast przekleństw w dymkach. No ok. Symulacja, czy też ta konkretna prezentowana linia czasu, trwa 1000 lat, sprawiając, że takie „Sto lat samotności” wcale nie wydaje się rozciągnięte w czasie. A ta karuzela kręci się przez ponad 300 stron. Za jakie grzechy? A no tak, za grzechy Sinistera.
Tysiąc lat mutantowego szaleństwa
Na łamach tego grubego komiksu zaprezentowano miniserie „Immoral X-Men”, „Nightcrawlers”, „Storm & Brotherhood of Mutants” i jednostrzałowe „Sins of Sinister” oraz „Sins of Sinister: Dominion”. Ufam, że ułożono te zeszyty w najlepszy i najbardziej sensowny sposób, ale i tak wiruje od tego w głowie. Zwłaszcza że w obrębie poszczególnych serii narracja nieco się zmienia. Nie do końca jestem pewien, czy nie trzeba by równolegle czytać jeszcze jakichś zeszytów, bo zupełnie nie wiem, co w międzyczasie stało się z X-Manem. Chyba że zwyczajnie coś przeoczyłem.
Oczywiście to nie jest tak, że nie idzie połapać się w tym, co się dzieje. Im więcej stron było za mną, tym czułem się lepiej. Strony konfliktu określone są dość wyraźnie, buntownikami dowodzi Ororo i dobrze do tej roli pasuje. Ale na szczycie robi się interesująco. Są momenty, w których nie do końca wiadomo, kto kim bardziej manipuluje i finalnie jednak szala zostaje przechylona w drugą stronę.
Marvel na pełnej p…
W tym komiksie jest wszystko. I wszyscy. I jeszcze na dodatek wszyscy ze wszystkimi. No tylko Daredevila nie wypatrzyłem, ale ten jak wiadomo woli trzymać się z daleka od tak rozdmuchanych fabuł. Chyba że dołączył w jakiejś innej gałęzi. Nie sposób było utrzymać tylu postaci na jednej planecie, a zasięg działania rośnie w przyroście logarytmicznym, obejmując całe galaktyki. W pewnym momencie jest tyle laserków, a pojawia się nawet sztuczna planeta, że zacząłem podejrzewać, iż Sinister wchłonął uniwersum Gwiezdnych Wojen. No ale nie. Bez przesady.
Z tego całego natłoku wyłowić można kilka dobrych tekstów i wątków. I im bliżej końca, tym wszystko coraz bardziej cichnie. Bardzo spodobał mi się motyw Juggernauta wystrzelonego z procy, choć nie wiem, czy jest biedakiem, czy szczęśliwcem, bo po przestrzeleniu czaszki Thanosa latał gdzieś w kosmosie, aby wpaść do głowy jeszcze innej potężnej postaci gdzieś pod koniec. Twórcy mogą pójść na całość, bo wygląda na to, że wszystkie wydarzenia z tego rozdania zostaną wymazane. Odrąbywane są więc bez skrupułów kończyny, na ziemię pada choćby dłoń dzierżąca Mjolnir.

Podsumowanie
Co jakiś czas pojawiają się strony wyjaśniające, jak idzie eksperyment, ale powiem szczerze, że mi tylko przeszkadzają i sprawiają wrażenie pozostałości po niezrealizowanym przez rysownika scenariuszu. Ale nie powiem, pusta czarna plansza, na której znalazła się tylko jedna onomatopeja i zapowiedź końcowej pieśni, robi wrażenie.
Walka toczy się nie o tę partię, ale tak naprawdę o następną. Ta jest już przegrana. Ale zanim opowieść dobiegnie końca, jak przed śmiercią wyjawia Banshee, trzeba zyskać nad nią kontrolę. I to chyba jest dobre podsumowanie tego komiksu. Rozpędzony do prędkości światła pocisk hamuje na koniec, zawraca i trafia w cel.
Aha, niby nic nie napisałem o rysunkach, ale w zasadzie wielkich achów tu nie ma, choć wtopy też nie. Ot, typowy dla nowoczesnego superhero styl. Ciekaw jestem opinii tych, którzy są z Marvelem na bieżąco. Dajcie znać, jak się wam podobało.
Scenarzysta: Kieron Gillen, Al Ewing, Simon Spurrier
Ilustrator: Paco Medina, Lucas Werneck, Andrea Di Vito, Alessandro Vitti, Geoff Shaw, Marco Checchetto, Juan Jose Ryp, David Baldeon, Travel Foreman, Carlos Gómez, Federico Vicentini, David Lopez, Joshua Cassara, Stefano Caselli, Phillip Sevy
Tłumacz: Marek Starosta
Wydawca: Egmont
Seria: Przeznaczenie X
Format: 170×260 mm
Liczba stron: 324
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









