Tytani. Mroczna królowa. Tom 3 – recenzja finału serii Toma Taylora
„Nightwing” Toma Taylora to świetna seria, choć im bliżej finału, tym napięcie coraz bardziej siadało, ale nadal skończyło się wszystko na poziomie co najmniej dobrym, choć już może bez rewelacji. Poziom ulicy, bardzo mocna relacja z Batgirl, kapitalnie wszystko przemyślane i napisane. Drużyna byłego Robina oferowała rozmach, coś, co nie pasowało zupełnie do solowej serii, tym bardziej że Liga Sprawiedliwości po Mrocznym Kryzysie przestała istnieć. „Tytani. Mroczna królowa” to zwieńczenie serii, w nieco innym klimacie niż pierwsze dwa tomy z planetarną rozpierduchą.

Superbohater jako zagrożenie
Wystarczy spojrzeć na tytuł, by już się domyślić, wokół kogo będzie obracał się ten tom. Mroczna królowa to niechybnie Raven, a właściwie jej złe alter ego. Czy tam osobowość. No czy coś tam. Nightwing ku mojej rozpaczy sprowadzany jest do szeregowego członka drużyny, który, a i owszem, jest lubiany, bo daje się polubić i pokazuje choćby zdjęcia swojego sympatycznego psiaka. Beast Boy za to jest na cenzurowanym za całe zamieszanie z upiornymi zarodnikami i Nekro gwiazdą.

„Tytani. Mroczna królowa” zaczyna się w dość znanym tonie, pobrzmiewającym traktowaniem superbohaterów jako zagrożenia. Owszem, może i robią wiele dobra, ale w końcu ktoś schyla się nad tym, by oszacować bilans strat. Cudowny wyzwoliciel czy jednak zagrożenie. Przy tym rusza telewizyjna nagonka wzbudzająca groźne nastroje wśród cywilnej ludności. Choćby przy jednej z akcji ratunkowych zielony zmiennokształtny dostaje kijem po głowie i słyszy „nie zbliżaj się do moich dzieci”. A no i przy okazji wpada do pomieszczenia razem z oknem, ale raczej sobie nikt z tego nic nie robi, choć w moim odczuciu zdecydowanie powinien. Całkiem niezły kąt patrzenia na superbohaterów, ale w sumie nic, czego u sąsiada, czyli w Marvelu, już by nie było.
Rysunki i diabelskie szczegóły
Później jest już mniej politycznie, bo Beast Boy zostaje zepchnięty siłą rzeczy na dalszy plan, a robi się piekielnie. Diabły, demony, piekło i wszechobecny ogień. No tylko Etrigan się nie pojawia, z nieznanych dla mnie powodów. Raven gra na dwa fronty i całkiem nieźle jej to wychodzi i nawet zapowiada się, że uda jej się „mieć ciastko i zjeść ciastko”.
Od demonów wymaga się, aby były brzydkie, ale właściwie to nie są takie złe u Lucasa Meyera. Zwyczajnie rysuje dość ładne postacie, więc i diabły nie są paskudne. Poza jednym szczegółem. Podwójny zestaw oczu. Nie wiem, czy wiecie, ale taki projekt twarzy doprowadza do oczopląsu, bo zwyczajnie mamy w głowie zakodowane, co gdzie powinno być. Diabeł przychodzi do Amandy Waller, następnej niezbyt przyjemnej postaci, więc sojusz jak najbardziej ma sens. Przy okazji rozgrywana jest najzabawniejsza scenka z albumu, bo akurat Peacemaker oprowadza świeżaka. Tu nie trzeba dialogów, wystarczą miny. Czy na pewno Suicide Squad to ci dobrzy, skoro paktują z diabłem? Ha, ha! No nie wiem.

Jak są demony, jest piekło, to pojawiają się też piekielne artefakty. Pewne berło zwiększa moc jednego z demonów i powiększa go znacznie. To oczywiście nic dla Raven, która rozwiązanie wyciąga z jednego z zabawnych filmików. Tak przynajmniej oceniam. Widzieliście solucję, jak można było zapobiec Wojnie Nieskończoności? Wystarczyło odciąć Thanosowi rękę, na której nosił Rękawicę! Szybkie i skuteczne i do takiego zabiegu tu właśnie dochodzi.
Vanadia i emocjonalny ciężar historii
W natłoku postaci najlepiej wypada wprowadzona do akcji Vanadia, androidka, która jako nastolatka była wielką fanką Tytanów. Jej tragiczna historia płynie na fali za daleko idącej fascynacji i dramatu, który rozgrywa się na oczach drużyny. Wszystko, czego chciała, to uratować swoich idolów. Czy się udało? W sumie tak, ale ogromnym kosztem.

Lucas Meyer sobie całkiem nieźle radzi. Jest trochę formalnych zabiegów, choć nie tak potężnych jak w Nightwingu, ale rozegranie akcji w głowie Dicka Graysona wychodzi całkiem nieźle. W jednym z zeszytów rysownika zastępuje Daniele Di Nicuolo i mimo że do głównego artysty nic w sumie nie mam, to jednak zastępstwo przyjmuję z radością, bo kreska zastępcy jest ostra i wpada w oko.
No i to tyle. Nie chciałem uronić niczego z Nightwinga Graysona i nie uroniłem. Czy było warto? Tytani proponują ciut innych komiksowych doznań, a zasady gry zmieniane są w trakcie. Solowa seria jest zwarta i gotowa do wchłonięcia na raz. Samych Tytanów nie przekreślam, bo chciałbym poczytać przynajmniej zaległy klasyczny tom Marva Wolfmana, a może kiedyś by się ktoś u nas pokusił, aby wydać całość. Fajnie by było, bo swego czasu to była najpopularniejsza seria w DC.
Czytaj więcej: Nightwing. Skok w światło. Tom 1
Scenarzysta: Tom Taylor
Ilustrator: Lucas Meyer, Stephen Segovia, Daniele di Nicuolo
Tłumacz: Paulina Walenia
Wydawca: Egmont
Seria: Tytani
Format: 167×255 mm
Liczba stron: 184
Oprawa: Miękka
Druk: kolor
Papier: kredowy









