To był najlepszy koniec świata – powrót do lat 90.
„To był najlepszy koniec świata” zaciekawił mnie okładką, deczko wywołującą skojarzenia z frontem „Rusty Brown” Chrisa Ware’a. Z tym że Natalia Legutko bierze pod lupę nie najważniejsze motywy ludzkiego życia, a swoje dzieciństwo. A że mowa jest o latach 90., wnet zalewa mnie czysta melancholia. Jak ja tęsknię za tamtym światem. Od tego czasu wiele się zmieniło. I na dobre, i na złe, a że było niezwykle, to nie pogardziłbym powrotem. Choćby na chwilkę.

W skrócie
Powrót do lat 90.
I taki powrót oferuje Natalia Legutko, która robi wyciąg ze swoich wspomnień, ale czasem cofa zegar jeszcze dalej, pokazując fakty, których nie może pamiętać. Choćby przenosi się do 1936 roku, by wyjawić etymologię imienia Bajbus. A momentami nie jest aż tak drastycznie, ale pokazuje swoje bezpośrednie otoczenie i wydarzenia, które miały bezpośredni wpływ na jej życie, dzieciństwo czy nawet przyjście na świat.
W środku ten komiks wygląda dokładnie tak jak na okładce. Natalia Legutko używa płaskich obrazów, niczym przeźroczy czy nawet kalejdoskopu. Tylko ten nie oferuje wyłącznie kolorowych wzorów, ale przenosi w przeszłość. „To był najlepszy koniec świata” przeszywa wspomnienia i znajduje punkty wspólne. Mimo że autorka urodziła się w 1993 roku, a nie w 1981, tak jak ja, to i tak jest moją duchową siostrą. „To był najlepszy koniec świata” to głos pokolenia dorastającego w latach 90.
Najlepszy koniec świata
Co prawda tytuł odwołuje się do pluskwy milenijnej, która miała wywołać apokalipsę albo chociaż spowodować mały chaos. Tymczasem, jak wiecie, nie stało się absolutnie nic. Nawet komputery na systemie Billa Gatesa nie ześwirowały. Osobiście czytam ten tytuł nie odnosząc go do zakończenia, no bo lata 90. skończyły się tak, jak się skończyły, ale bardziej do czasów, które odeszły i nie wrócą.
Znajdziecie tu wiele obrazów, których nijak zobaczyć w dzisiejszym świecie, chyba że w jakichś archiwach albo na YouTubie. Choćby specyficzny zegar odmierzający sekundy przed Teleexpressem. Jest PRL-owska waga i bombki z czasów komuny. Ale oprócz wpływów przeszłości jest też powiew zmiany. Pojawiają się pady z podróbki Nintendo, gry platformowe, magnetowid i sztampowa świąteczna ramówka ze stałymi punktami programu.
Polityka widziana oczami dziecka
Sporo miejsca poświęcono polityce, do której miałem bardzo podobne nastawienie i niewiele mnie interesowała. Niemniej też miałem w otoczeniu osobę, która oglądała wszystkie wiadomości i później je komentowała. Oczywiście na pewnym poziomie wiedziałem, co się dzieje, więc nie dziwi, że Jan Paweł II pojawia się w tej kwestii co chwilę.
Jak rozmawiać trzeba z psem
Autorka dużo miejsca poświęca relacjom rodzinnym, kto z kim, jak i dlaczego. Przyjemnie się na to patrzy. W różnicy pokoleniowej widać przemianę ustrojową. Widać, kto ma jak umeblowane wnętrza albo jak się ubiera i zachowuje. Sercem wszystkiego jednak jest, co mnie nieco zaskoczyło i na co w ogóle nie zwracałem uwagi przed lekturą, traktowanie psów.
Dom bohaterki znajduje się na wsi. Nie dziwi, że już na okładce można wypatrzyć bardzo popularny ciągnik zwany „ciapkiem”, a w środku poświęcona została mu całostronicowa sekwencja. Nie dziwi też, że wiejskie społeczeństwo traktuje psy inaczej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Trzymanie psa na łańcuchu to norma. Pies ma być obrońcą, ma budzić respekt oraz niechęć przed wtargnięciem na czyjąś posesję.
Tymczasem Natalia Legutko marzy o tym, co dzisiaj zwyczajnie jest normą. Pragnie zaprzyjaźnić się z jakimś psiakiem. Pierwsze próby kończą się boleśnie. Po drodze jest nauka, że zwierzak to nie jest zabawka, a później pojawia się jeszcze epizod oparty na dramacie wywołanym pokoleniową niechęcią do zmian. Interwencję czyta się niemal jak dynamiczną akcję z komiksów superbohaterskich.

Dzieciństwo bez przycisku „teraz”
Bycie dzieckiem w latach 90. to było coś przepięknego, choć nie do wszystkiego chciałbym wracać. Wiedza i doświadczenie są świetne, a uczyć się trzeba było w dość twardych warunkach. Nienawidziłem czekania albo gry dorosłych na czas. Też słyszałem wielokrotnie: „nie teraz”, „może w przyszłym tygodniu”, „poczekaj chwilę” i nie rozumiałem, że to znaczyło „nigdy”. Dzisiaj wszystko ma się na teraz i na już. Ja znam i pamiętam ten ból odwlekania.
Aha, bohaterka cieszy się z samochodu dla lalek, mimo że nie miała żadnej lalki Barbie, ale woziła swojego misia. Nowinki z Zachodu właśnie tak nierównomiernie spływały, nie był to odosobniony przypadek. Ostatnio trafiłem na fragment teleturnieju dla dzieci prowadzonego koszmarnie przez Katarzynę Dowbor, w którym jakiś chłopak mocno się zasmucił, bo wygrał gry komputerowe, a nie miał komputera.
Podsumowując, „To był najlepszy koniec świata” wygląda statycznie i płasko, ale wywołuje falę emocji i wspomnień. Studiowanie poszczególnych kadrów było dla mnie melancholijną podróżą, za którą autorce z całego serducha dziękuję. Nie wyhaczyłem Cherry Coke, ale ta ponoć wróciła w Żabce.
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Natalia Legutko
Ilustrator: Natalia Legutko
Wydawca: Kultura Gniewu
Format: 165×235 mm
Liczba stron: 168
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









