Strażnik Szyszek. Opowieści z archipelagu
„Strażnik Szyszek. Opowieści z archipelagu” to zbiorcze wydanie komiksów z cyklu Wyspa Szyszek autorstwa Babczyńskiego i Szulca. Jeśli nie czytaliście wcześniej nic z tego okrytego mgiełką, czy może raczej chmurką tajemnicy komiksowego uniwersum, to w sumie nie ma znaczenia. A nawet lepiej, bo nie będzie się wam dublował komiks na półce, choć szykownie wydany przez Kulturę Gniewu w twardej oprawie komiks warto mieć tak czy inaczej.

Opowieści z archipelagu pełnego tajemnic
„Strażnik Szyszek” ma formę zbioru opowiadań, które w zasadzie można czytać oddzielnie. Nie są ze sobą powiązane, choć oczywiście dzieją się w tym samym uniwersum, a nawet w obrębie tego samego archipelagu. Struktura wysp zapewnia każdej z fabuł odrębność i dowolność w prowadzeniu narracji. Oczywiście jest tu oś, jaką jest Seminarium Strażników i Strażnicy, którzy przejmują po sobie prowadzenie akcji, ale brak tu głównej postaci, która ciągnęłaby całość do przodu, choć w obrębie poszczególnych zeszytów tak się właśnie zdarza.

Poznając poszczególne opowieści, natykamy się na znane już tytuły zeszytów, takie jak „Byli z nami od zawsze”. No może aż tak to nie, bo od 2019 roku, ale jednak już trochę czasu upłynęło. Dalej odwiedza nas nominowany do Złotych Kurczaków „Ktoś, nie do końca wiadomo kto”. To nie koniec, bo znajdziecie jeszcze opowieści „Gdy już trafimy na nasze wyspy”, „Gość z archipelagu” i epilog w formie szorciaka „Nagroda”. Sorka za wypisywanie spisu treści, ale takiego w środku nie znajdziecie, co ma swoje zalety, bo wprowadza klimat podążania za poszczególnymi rozdziałami, a nie zbioru różnych tworów.
Świat wyobraźni wybuchający w oparach dymu
Archipelag Szyszek to świat zanurzony w klimacie tajemnicy i bajek. Może też i czarów, ale nie w rozumieniu magii, raczej dziwnych zjawisk, których nijak nie można wytłumaczyć. Jedynie za sprawą wyobraźni. Bohaterami komiksu są sympatyczne ludziki, lekko bulwiaste, ciut przypominające mandragory. Albo powołane do życia stworki z żołędzi i kasztanów.

Z tym że głównym budulcem Babczyńskiego jest tusz, którego używa z rozmachem i wirtuozerią. Pociągnięcia pędzelkiem są śmiałe i fikuśne, wprost skrojone pod film animowany. Prace Babczyńskiego nieco przypominają mi rysunki Trusta, chociaż raczej mówimy tu o tym samym podwórku, a nie bezpośrednich cytatach.
Pytania bez odpowiedzi, odpowiedzi bez pytań
Zaczyna się od wprowadzenia w temat strażników i to z bardzo ciekawej perspektywy. Jeden z młodzianów nieopatrznie wyciąga wniosek, że tak właściwie strażnik ich wyspy jest zapyziałym obibokiem, niewnoszącym nic od siebie, podczas gdy każdy coś od siebie daje. Strażnicy są od zawsze, no dobrze, ale właściwie to po co. Wtedy to Piotr Szulc wyprowadza przepiękną metaforę, ale nie podkreśla jej podwójną kreską, raczej pieczętuje ją, krzyżując spojrzenia pełne rozumienia.

Każdy z epizodów to uczta dla oka i ducha. Bywa gęsto i zagadkowo, ale też i śmiesznie oraz rubasznie. Czapki z głów, panowie. A właśnie. Czapki, zwłaszcza te strażników, mają w tym świecie szczególne znaczenie. Nie są zwykłym nakryciem, które kupuje się w sklepie lub dostaje na imieniny. Trzeba je zdobyć rytualnie, a jakże. Odbywa się tu także obrzęd czytania myśli. I nie wiem, czemu mnie to nie dziwi, jest przy nim mnóstwo dymu. Aż nachodzi wykorzystać cytat z Psów „co wy tam palicie”? Tyle że znam odpowiedź, albo się domyślam. Szyszki oczywiście!
„Strażnik Szyszek” odkrywa mnóstwo tajemnic z archipelagu albo nie odkrywa żadnej. Właściwie to po zamknięciu komiksu w głowie buzuje więcej pytań niż odpowiedzi i to zdaje się zgodnie z zamiarem autorów. Choćby, co zaszywane jest w czapkach strażników? To wiedzą tylko Babczyński z Szulcem. Tak przynajmniej myślę, bo obok ich podobizny znajduje się klucz do szufladki skrywającej tę tajemnicę.
Czytaj więcej: Jakub Babczyński i (głównie) jego Wyspa Szyszek
Scenarzysta: Piotr Szulc
Ilustrator: Kuba Babczyński
Wydawca: Kultura Gniewu
Format: 162×235 mm
Liczba stron: 160
Oprawa: Twarda
Druk: czarno-biały
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









