Iznogud Recenzja

Iznogud to imię, które do niedawna nie mówiło mi za wiele. Za to nazwisko widniejące na twardej oprawie pierwszego zbiorczego tomu przygód wielkiego wezyra już tak. Gościnny, znany (przynajmniej mi) przede wszystkim jako ojciec Asteriksa i Obeliksa, żydowski emigrant polskiego pochodzenia, przez lata mieszkający i tworzący w Paryżu. Na całe szczęście dla komiksowego świata, nie udało mu się uzyskać posady u Walta Disneya. Dzięki temu możemy się cieszyć szeregiem doskonałych prac, zakorzenionych we francuskojęzycznym rynku obrazkowym, zwanym frankofońskim.

Przygody wielkiego wezyra Iznoguda 1. Tom 1

To nie jest pierwsze objawienie wezyra w Polsce, w latach 2000-2002 serię zgodnie z oryginalnymi zeszytami wydawał Egmont. Cóż, w tamtych czasach byłem odwrócony od komiksów niczym pirat drogowy od ograniczeń prędkości. Nie dziwi mnie zatem, że tytuł nie zakodował się w mojej pamięci. No tak, ale to nie wszystko, bo w 1995 powstał serial animowany, dwa lata później platformowa gra na konsolę Playstation, a w 2005 roku jeszcze pełnometrażowy film. No i to już jest trochę dziwne, bo to oznacza, że imię niecnego wezyra nie jest przypadkowe i powinno wzbudzać mrowienie przywodzące wspomnienia. Tymczasem u mnie nic, ale to może nawet lepiej.

Iznogud

Egmont, zgodnie ze swoją wydawniczą megalomanią, wydaje od razu zbiór składający się z czterech, oryginalnych zeszytów serii. Ma to oczywistą zaletę, nie trzeba czekać długo na następny tom, jeden zeszyt to stanowczo za mało, jak na jeden raz. Za to cztery – może być troszkę za dużo. Powodem tego jest formuła, która powtarzana jest w każdej ośmio/dziesięcio stronicowej historyjce o wezyrze Iznogudzie. Na (prawie) każdej pierwszej stronie opowiadania, zepsuty do kości konus wyznaje nam swoje najskrytsze marzenie. Na co ostrzy zęby wezyr? Ci, którzy czytali ten komiks, są w stanie bez chwili zawahania zakrzyknąć chórem:

„Chcę zostać kalifem w miejsce kalifa”

No dobrze, ale o co tu w ogóle chodzi, moglibyście zapytać. Skąd we francuskim komiksie wzięli się wezyrowie i co to jest ten kalifat. Śpieszę wyjaśnić. Gościnny w połowie lat sześćdziesiątych na łamach magazynu Record powołał do życia postać, która u podstaw miała być przesiąknięta złem. Jego imię zaczyna mieć sens, gdy wypowie się je na głos, sylabizując zgłoski. W ten sposób można się dowiedzieć, że główny charakter serii IS NO GOOD. Tak zdefiniowaną postać scenarzysta umieszcza w świecie z Baśni tysiąca i jednej nocy. Latające dywany, zaczarowane lampy, dżinowie i inne czary są tu jak najbardziej na miejscu. Dodatkowo należy wiedzieć, że wezyr, z arabskiego oznaczający pomocnika, był w cesarstwie islamskim drugą najważniejszą osobą. Pierwszą, co oczywiste, był kalif.

Iznogud

W jednym z epizodów niecny wezyr przekonuje przywódcę prawowiernych, aby udał się na wakacje. Jest to doskonałe przyzwolenie, aby Przygody niecnego wezyra Iznoguda stały się lekturą wakacyjną dla wszystkich miłośników komiksów. Oczywiście nie tylko dla nich. Tomiszcze polecam też miłośnikom gier słownych. Jestem w ciężkim szoku, ile dwuznaczników znalazło się na 180 stronach. Zwłaszcza że trzeba je było tłumaczyć, no, chyba że Gościnny pomyślał od razu, że Iznogud będzie ukazywał się kiedyś po polsku. Druga rzecz to humor. Próby zdetronizowania władcy mają przede wszystkim wywołać u czytelników śmiech (albo przynajmniej uśmiech). Z założenia wiemy, że wezyrowi zostać kalifem się nie uda, ale z zaciekawieniem obserwuje się jego wymyślne próby, których niepowodzenie spada na niego niczym zimny deszcz.

Iznogud

IRON MAN

Kilka żartów uwspółcześniono i nadano im polski sznyt. Myślę tu przede wszystkim o wędrownym śpiewaku nazywającym się Kukiz i wyśpiewującym AJ EM AJRON MEN. Na wyróżnienie zasługuje też historia, w której występuje sam rysownik serii, Tabary, przenoszący się do świata Iznoguda w podróżującej w czasie szafie. Przyznaję, że przy lekturze tej (i pozostałych) historii ubawiłem się przednio. Choć, tak jak wspomniałem wcześniej, pod koniec formuła opowieści nieco nudzi. Na naganę zasługuje liternictwo, bo wyrazy panoszą się czasem po dymkach niczym samotny władca po pałacu. Nadal jednak jest to tylko estetyka, która w lekturze wiele nie przeszkadza.

Sylwester

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Share This: