Wonder Woman #1 – Krew

Chyba każdy z nas, a przynajmniej większość, przechodził w życiu okres fascynacji mitologią grecką. W szkole królowały mity o bogach i herosach, w telewizji zaś Hercules i Xena. W międzyczasie swoje dołożyła też wytwórnia Disneya, a za zabawnym filmem animowanym poszła dość szeroka promocja. Chyba nawet w chrupkach były tazo z bohaterami Herculesa. W każdym razie mity greckie są od dawna obecne w popkulturze, od książek  – przez filmy – po gry komputerowe. Są i z całą swoją mocą wypierają inne mitologie, w tym słowiańskie i germańskie. Są i bardzo dobrze, że są! Bo bez nich komiks byłby dużo biedniejszy.

Kiedy myślę o mitologii greckiej w komiksie, od razu przychodzą mi na myśl dwie postacie – marvelowski Hercules i Wonder Woman z DC Comics. O ile solowe przygody tego pierwszego swego czasu czytywałem, o tyle z księżniczką Amazonek rzadko dane mi było obcować sam na sam. Najbardziej znaną superbohaterkę (patrz choćby lista IGN) widywałem głównie w towarzystwie Ligi Sprawiedliwych, zwłaszcza w wydaniach z The New 52, gdzie jej niedoszły związek z Trevorem i romans z Supermanem sprawiły sporo zamieszania w multiversum, a przynajmniej na najbardziej znanym nam świecie. Właśnie wspomnienie The New 52 miało być dla mnie okazją do pogłębienia znajomości z Wonder Woman. Planowałem zajrzeć do tego komiksu od bardzo dawna, zwłaszcza że jego scenarzystą jest sam Brian Azzarello. Planowałem, ale w natłoku komiksów do czytania i codziennych obowiązków odkładałem tę pozycję. Kiedy już miałem po nią sięgnąć, pojawiła się informacja o tym, że Egmont wyda Wonder Woman w Polsce. Po raz kolejny postanowiłem poczekać, a mój apetyt urósł do niebagatelnych rozmiarów.

 

Na moją księżniczkę w ogródku czekałem

 

W końcu, po długich miesiącach wyczekiwania, moje spragnione Wonder Woman dłonie (w sumie to chyba bardziej oczy) dostały to, czego tak bardzo chciały. Do lektury Krwi zabrałem się tego samego dnia, którego przyszła paczka. Zabrałem się i nie przerwałem czytania, dopóki nie skończyłem albumu. Historia, którą zaserwował nam Azzarello zupełnie mnie pochłonęła, ale i z lekka zszokowała. Kiedy słyszę o Wonder Woman, to jej amazońskie pochodzenie wydaje mi się raczej tłem, które pozwala scenarzystom zaserwować kobietę oderwaną do rzeczywistości w naszym szarym, współczesnym świecie. Jej amazonkość objawia się tym, że nie jest niezdarną kobietką, tylko kawałem baby, która twardo stąpa po ziemi, a jeszcze twardziej bije po mordach. Pojawiają się niby w różnych produkcjach (nie tylko komiksowych) historie w wyspie Themiscyra, o jej matce czy Aresie, ale moje wyobrażenie Wonder Woman ograniczało się do i teraz, i raczej u boki Ligi Sprawiedliwych. Tymczasem dostajemy iście boski komiks.

 

Uwaga, lekkie spoilery

 

Boski, bo skoncetrowany jest przede wszystkim na relacjach między bogami, półbogami i śmiertelnikami, z naprawdę mocnym naciskiem na dwie pierwsze grupy. Główna historia tego albumu skupiona jest wokół przepowiedni, według której nienarodzone dziecko Zeusa zabije jedno z jego innych dzieci i zajmie jego miejsce, czego dowiadujemy się już z pierwszego zeszytu. Dziecko to prawdopodobnie narodzi się z łona śmiertelniczki – Zoli, która już od pierwszych kadrów za pośrednictwem Hermesa trafia pod opiekę księżniczki Amazonek. Celowo napisałem, że fabuła skupiona jest wokół przepowiedni, a nie na jej samej. Album Krew to przede wszystkim historia o trudnej relacji pomiędzy dwoma kobietami. Boginią Herą, a półboginią Dianą. Pomiędzy zdradzoną żoną, a bękartem (którego to pochodzenie wcale nie napawa dumą). Ich relacja jest tak skomplikowana, że siłą rzeczy w konflikt muszą być wciągnięte kolejne osoby, w tym oczywiście bogowie. A ci napisani (narysowani w sumie też) fenomenalnie. Są tacy, jakimi być powinni. Nawet nie dumni, lecz pełni pychy, a ponadto gniewu i zazdrości. Ich potęgą wydaje się wręcz namacalna (no może poza Hermesem, który jest tu od zbierania batów). To nie historia o prostolinijnych bohaterach. Wonder Woman przychodzi zmierzyć się całą siatką intrygantów, choć jak się okazuje sama bohaterka też do najgłupszych nie należy…

 

Z Olimpu lepiej widać

 

Ramię w ramię z interesującą fabułą podąża dobra kreska (chociaż do tej nie przekonałem się od razu) i soczyste kolory. Za oprawę graficzną Krwi odpowiedzialni są Cliff Chiang (4 pierwsze zeszyty, okładka; współtworzył m.in. Human Target czy Green Arrow/Black Canary) i Tony Akins (2 zeszyty, pracował m.in. przy Terminator, Aliens Colonial Marines, Tales of the Jedi: The Freedon Nadd Uprising), którzy zajęli sie rysunkiem oraz kolorysta Matthew Wilson. Mimo, że album jako całość mi się podoba, to zacznę od jego mankamentów. Przede wszystkim – okładka. Jest po prostu brzydka. Co prawda, w porównaniu do innych jest najbardziej uniwersalna i zdradza najmniej fabuły, sam jednak najpewniej pokusiłbym się o wybór innej. Po drugie, kontur postaci jest miejscami za gruby. Nie wszędzie pasuje i sprawia, że twarze zaczynają wyglądać jak kartofle. Po trzecie, nie przypadł mi do gustu wygląda Apolla, ale to już moje czepialstwo. Ot, wydaje mi się, że wygląda jak wysmarowany pastą do butów.

 

Powyższe wady w kontekście całości są niczym jak zbyt mały deser po dobrym obiedzie, który sam w sobie był smaczny. Artyści zafundowali nam całą gamę pięknych postaci, z których bezsprzecznie numerem jeden jest Hermes. Posłaniec o kurzych łapkach jest bardzo sympatyczny i chociaż widzimy go głównie poobijanego, to nie czujemy wobec niego żalu, a właśnie sympatię. Bardzo dobrze wyglądają także Hera, Niezgoda i Hipolita. Największą niespodzianką dla czytelnika jest z pewnością wygląd Posejdona i Hadesa, ale zdradzanie szczegółów ich aparycji byłoby zbrodnią. To trzeba zobaczyć samemu. Nie wiem czy koncept akurat tych postaci to bardziej zasługa scenarzysty (chociaż jego podejrzewam) czy rysownika, ale efekt jest powalający. Nie wspomniałem jeszcze o samej głównej bohaterce, głównie dlatego, że w różnych miejscach wygląda ona zupełnie inaczej. Można odnieść wrażenie, że zmienia się również jej wiek. Niemniej jednak album jako całość wygląda bardzo dobrze.

 

Chwytaj za miecz

 

Mówiąc o Krwi, należy wspomnieć o tym, że komiks kierowany jest do dorosłego czytelnika, o czym informuje nas odpowiedni znaczek na okładce. I właśnie każdemu pełnoletniemu czytelnikowi polecam ten komiks. Sam jestem oczarowany. Wonder Woman czyta się niemalże sama, ma swoje mocne momenty, a na dodatek bardzo dobrze wygląda. Ponadto autorzy nie wykładają nam wszystkiego na złotej tacy. Nie brakuje tu niewyjaśnionych kwestii i tajemnic, a fabuła nie jest domknięta. Najlepsza ze wszystkiego jest jednak kreacja bohaterów. Azzarello wspiął się na wyżyny. Co więcej mogę powiedzieć? Spróbowałem ambrozji, a teraz chcę jej więcej i więcej…

 

Mariusz Basaj

 

PS. Fani Arsenalu znajdą tu smaczek dla siebie. Jedna z epizodycznych postaci, czytając gazetę, pozwala sobie na komentarz: Kanonierzy doprowadzają mnie w tym sezonie do szału, na co słyszy, że powinni wywalić menadżera. Dla fanów The Gunners słowa te są nad wyraz jasne. Sam na koniec rzucę tylko, że IN ARSENE WE TRUST.

 

Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski
Tytuł oryginalny: Wonder Woman Volume 1: Blood
Wydawca oryginalny: DC COMICS
Wydawca polski: Egmont Polska
Liczba stron: 160
Format: 170 x 260 mm
Oprawa: Twarda
Druk: Kolor
Wydanie: Sierpień 2014
Cena: 75 zł

Share This: