Bradl tom 3 recenzja

Kochaliście historię w szkole? Ja też nie! W moim rankingu najbardziej nienawidzonych przedmiotów tylko chemia była wyżej. Co ciekawe, mój historyk to barwny gość z przysłowiowym jajem, którego każdy szanował. Historia przecież może być wyłożona w interesujący sposób, choć sam przez lata, zrażony przez szkolne nauczanie, wydarzeniami historycznymi się nie interesowałem nic a nic. Co się wydarzyło? Drzwiami była muzyka, a konkretnie Powstanie Warszawskie płockiego Lao Che, album koncepcyjnie idealnie zaaranżowany i zmyślnie sięgający do wydarzeń w stolicy. Zresztą to jedna z wielu inicjatyw Muzeum Powstania Warszawskiego. Kolejną, którą cenię równie wysoko, jest komiks Bradl, po rocznej obsuwce zaglądam do trzeciego tomu. Okazja dobra, bo czwórka od niedawna na rynku.

Bradl, a właściwie Kazimierz Leski, urodzony 21 czerwca 1912 roku w Warszawie inżynier mechanik, wynalazca i doktor nauk humanistycznych. Był także żołnierzem Armii Krajowej i uczestniczył w powstaniu warszawskim. Podczas II Wojny Światowej (a dokładniej na jej samym początku), pilotując polski samolot towarzyszący marki Lublin R-XIII, został zestrzelony przez Armię Czerwoną. Odniesione obrażenia kręgosłupa nie pozwoliły mu wrócić do latania, dlatego to podczas okupacji w latach 40. trafił do konspiracji. To tyle ile trzeba wiedzieć o historycznej postaci, której perypetie można przeczytać w komiksie Marka Oleksickiego i Tobiasza Piątkowskiego. Więcej rysu historycznego przybliża doktor Władysław Bułhak, historyk, badacz dziejów polskiego wywiadu, pracownik Biura Badań Historycznych w Instytucie Pamięci Narodowej swoją obfitą przedmową w Bradl, tom 3. W tej części najwięcej możemy dowiedzieć się o inżynierze Stefanie Witkowskim, Muszkieterach i samym Kazimierzu Leskim.

Po suchym, aczkolwiek koniecznym starterze możemy przejść do dania głównego. W komiksie Bradl, tom 3, tak jak w poprzednich tomach znajdziemy dwie historie przełożone dodatkowymi, okładkowymi grafikami. Ot, takie małe wydanie zbiorcze. W ten sposób za każdym razem otrzymujemy 64 strony komiksu. Mało? Biorąc pod uwagę, że na następny numer czekać trzeba cały rok, to trochę tak. Jak wyszła trójka? Ciut nierówno, zwłaszcza że poprzedni, drugi tom uważam za najlepszy z dotychczasowych. Znowu otrzymaliśmy (jeno) częściowo zalakierowaną okładkę, tym razem kompozycja nie jest tak zmyślna. Siłą dwójki był arcywróg i zmyślne komiksowe splatanie wydarzeń w dwóch liniach czasowych. Jako że panowie dopięli wątki, Radke został pokonany, w trójce trzeba było zacząć niejako od nowa.

Tylko świnie siedzą w kinie

Pierwsza połowa trzeciego tomu Bradla, zatytułowana Porando – Kaito lekko mnie wynudziła. Wiąże się także ściśle ze wstępem historycznym, dlatego odpuszczenie przedmowy raczej niewskazane. Dopiero w Qui Pro Quo panowie dorzucają do pieca. Dla jasności, Bradl nie jest komiksem historycznym, oscyluje wokół faktów, dotyka legend i plotek i wnika w nie niczym dym z papierosów w ubrania w ciasnej knajpie, w której gra się jazz. Tym razem autorzy użyli wybornego zagrania z przełamaniem czwartej ściany. Na początku drugiej opowieści, Bradl zwraca się bezpośrednio do samego czytelnika, przestrzegając go, by pochopnie nie oceniał go o kolaborację. O co w tym wszystkim chodzi i jaki związek z tym wszystkim ma świnia? Sprawdźcie sami, warto!

FOGG

Zakończę akcentem muzycznym, bo jest taka płyta, która stanowi idealne uzupełnienie dla tego komiksu. Dla tych historii zabarwionych klimatem szpiegowskim, umiejscowionych w Warszawie lat 40.  Soundtrackiem do Bradla śmiało mogłaby być płyta FOGG – pieśniarz Warszawy w wykonaniu Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsovienisi. Co prawda Mieczysław lubił grać na gramofonie, ale tego albumu spokojnie można posłuchać na spotify. Kto wie, może Bradl sam nie raz słyszał pieśniarza podczas wizyt w którejś z warszawskich kawiarni. Czy Leski był w Cafe Bodo, Swann, czy U Aktorek i Lucyna? Kto wie, może dowiemy się z następnego tomu.

Sylwester

Bradl dociera do was dzięki Wydawnictwu Egmont.

Share This: