RIO – recenzja komiksu. Brazylia, przemoc i nierówności społeczne
Po kapitalnej dystopijnej opowieści rozgrywającej się na Islandii, czyli „Islanderze”, oraz po „Sangomie”, politycznym dramacie umiejscowionym w Republice Południowej Afryki, lekko zachłyśnięty realistycznym stylem Corentina Rouge’a obiecałem sobie, że zajrzę do „RIO”. Co prawda za scenariusz odpowiada tu Louise Garcia, a nie Caryl Férey, ale całość utrzymana jest w bardzo podobnym klimacie. Duszna polityka, skorumpowana policja, mocny nacisk na rozwarstwienie społeczne, bieda oraz akcent związany z tajemniczymi obrzędami i wierzeniami. A wszystko to pod stopami Jezusa z wyciągniętymi ramionami.

W skrócie
RIO bez pocztówkowego filtra
Oczywiście „RIO” nie należy mylić z kolorową opowieścią o barwnych ptakach. Autorzy niby nie zapominają o karnawale, ale nawet w tym przypadku uśmiechy kamuflują łzy. Tu zamiast przygody i humoru jest przemoc oraz twarda gra na najwyższym poziomie. Zresztą okładka już dobrze daje odczuć, czego spodziewać się w środku. Nawet najmłodsi muszą walczyć o swoje, kraść i sięgać po broń. Rubeus i Nina, urodzeni w faweli, lądują na ulicy po tym, jak ich matka ginie z rąk policjanta. Może to i jest trochę przerysowane, czy rozegrane w zbyt melodramatyczny sposób. Ale czy na pewno nikt by się tak nie zachował? Zwłaszcza gdyby był przyparty do muru?
„RIO” podzielone jest na cztery części, a każda z nich liczy około 70 stron. Akcja to przyspiesza, czy to w pościgach, czy innych strzelaninach. Czasem jednak zwalnia, gdy dochodzi do knowań i szczegółowych wyjaśnień sytuacji. Jest co czytać. To dość gruby album, który zajmuje dwa, trzy dłuższe wieczory.
Dzieci ulicy i walka o przetrwanie
Obserwujemy skoki między poziomami społecznymi. Z ulicy dzieciaki wręcz lądują w pałacu. Od walki o władzę i wpływy w gangu ulicznym przechodzimy do przemówień na wystawnych kolacjach z wpływowymi grubymi rybami. Scenarzysta sięga po dość odważny zabieg, bo przesuwa czas o całe 10 lat między pierwszą a drugą częścią. Ma to duży wpływ na fabułę, bo opowieść nabiera ciężaru i przechodzi na szerszą arenę. W innym przypadku nadal byłaby to uliczna drama z dzieciakami przypominającymi plemię z „Władcy much”.
Trochę się krzywiłem na satanistyczne mambo jambo. W „Sangomie” miało to dużo więcej sensu i zostało rozegrane znacznie lepiej. Dużo bardziej pasowałoby coś w stylu voodoo, z wiedźmą błąkającą się w chmurach dymu. Owszem, wątek dziecka noszonego przez bezpłodną kobietę może się wydać ciekawy, ale już bełkotanie o księciu ciemności za bardzo przesuwa akcent w stronę horrorów klasy B, albo i niższej.

Napięcie rośnie, a niesprawiedliwość i chęć zemsty doprowadzają krew do wrzenia. W ostatniej części obserwujemy już regularną wojnę, a nie tylko uliczne potyczki. Od razu w uszach zabrzmiało mi otwarcie albumu „Chaos A.D.” z wykrzyczanym „Tanks on the streets!”. A przecież Sepultura to brazylijski zespół, więc pasuje tu wręcz naturalnie.
Corentin Rouge i piękno ukryte w chaosie
Wątków jest bardzo dużo, a postaci wręcz cały tłum. Targa nimi gwałtowny huragan wydarzeń, a autorzy nie boją się zdejmować z planszy bohaterów pierwszego planu. Przyznaję, że kilka razy byłem mocno zaskoczony, że akcja poszła w taką, a nie inną stronę. Końcówka jest nieco metafizyczna. Dochodzi do zjednoczenia rodziny. No ponoć po drugiej stronie wszyscy się zobaczymy, a cały ten syf zmywa deszcz. „Czyż niektóre duchy nie są wiecznie żywe?”. Coś w tym musi być.
Odwiedziłem „RIO” dla rysunków Corentina Rouge’a i w sumie się nie zawiodłem. Brazylia w jego oczach jest piękna, choć kreska w wielu miejscach nie jest tak dopracowana, jak choćby w „Islanderze”. Francuz daje ognia, zwłaszcza w scenach akcji, ale w pamięć zapadła mi chyba najbardziej płacząca tancerka karnawałowa.
Czytaj więcej: Islander. Wygnanie. Tom 1 – dystopijna przyszłość Europy w monumentalnym komiksie science fiction
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Louise Garcia
Ilustrator: Corentin Rouge
Tłumacz: Olga Mysłowska
Wydawca: Non Stop Comics
Format: 215 × 300 mm
Liczba stron: 288
Oprawa: Twarda
Druk: kolor









