Dawnrunner – recenzja komiksu Ram V. Mechy, emocje i coś więcej niż walka

Mali chłopcy, małe zabawki. Duzi chłopcy, duże zabawki! Bawili się plastikowymi robotami, w dorosłości zaczęli wymyślać ogromne mechy. Czy tak miał Ram V? Trudno jednoznacznie stwierdzić, niemniej jego „Dawnrunner” zasila szeregi ogromnych, pilotowanych przez ludzi mechów, które na dodatek walczą z gigantycznymi potworami przybyłymi z odległego miejsca gdzieś w kosmosie.

Dawnrunner

Dawnrunner i jego tajemnica

Tak nie do końca przekonują mnie fabuły, z którymi kojarzą mi się mechy, czyli toczenie walk tylko dla nich samych. Może wygląda to widowiskowo, ale nakręcanie bączka za każdym razem, gdy coś wyłania się z morza, czy jak w tym przypadku z portalu, po jakimś czasie nudzi. Formuła zwyczajnie się wyczerpuje. „Dawnrunner” oczywiście ma potencjał, aby stać się tasiemcem, wystarczyłoby wymyślać nowe pojedynki, inne roboty, jeszcze bardziej przerażające potwory. Nie tym razem. Ram V w pięcioczęściowej serii przedstawia kompletną, dramatyczną i wzruszającą historię.

Mój sceptycyzm względem tego tytułu rozbija natychmiastowo wątek science fiction. Ludzie toczą od stu lat wojnę z Tetzami, wrogą rasą wdzierającą się na Ziemię poprzez portal. Aby walczyć z niemal niezniszczalnym wrogiem, trzeba było wymyślić coś więcej niż wystrzelanie się z dotychczasowego arsenału. Tak powstali Żelazni Królowie, ogromne mechy stające do boju z potworami. Co prawda szybko okazuje się, że portal działa jak swoista „respiarka” potworów, a na dodatek mechy obciążone są sportową rywalizacją i rankingiem, ale moje zainteresowanie jednak się nie studzi.

Emocje silniejsze niż technologia

Po pierwsze dlatego, że Dawnrunner nie jest zwyczajnym Żelaznym Królem. Anita Marr odkrywa jego tajemnicę dość szybko. Futurystyczny i ekskluzywny wygląd to tylko początek. Przełomowy jest przede wszystkim „interfejs”, który ma ułatwić komunikację z mechem i sterowanie nim. Okazuje się, że robot zawiera ludzką cząstkę, co nieco nasuwa skojarzenia z RoboCopem.

Po drugie, Anita przeżywa ludzki dramat, który splata się z przeżyciami innego rodzica. Obrona dzieci, czyli tych, których kochamy najbardziej, wyzwala instynktowne mechanizmy obronne. Stawia rodziców na krawędzi możliwości i popycha do przekraczania barier. Ram V z jednej strony rozprawia o postępie technicznym, ale pokazuje moment, w którym technika nie pójdzie już dalej ze względu na swoje ograniczenia. Wtedy pojawia się emocjonalny impuls, dzięki któremu możliwe jest dokonanie niemożliwego.

No i po trzecie, warstwa graficzna. Jest tu trochę nawiązań do mangi, jest sporo cieniowania kropeczkami, przez co odnoszę wrażenie, że ten komiks poradziłby sobie w czerni i bieli. Są też plansze naładowane szczegółami, od których kolor nieco odwraca uwagę. Jedyne, do czego bym się przyczepił, to same pojedynki, bo często ciosy padają w mało czytelny sposób. Rozumiem, że chodzi o tempo starć, bo te są bez wątpienia błyskawiczne, ale chyba nie powinno być tak, że czytelnik nie wie, kto dostał, w co i czy to koniec pojedynku, czy dopiero początek. Świetnie, że narrator czy sama Anita milknie, gdy dochodzi do starcia, ale to oznacza, że czasem właściwie nie wiadomo, co się dzieje.

Dawnrunner

Finał bez przeciągania – zamknięta historia

„Dawnrunner” rozpoczyna się w momencie, gdy konflikt jest już dobrze rozpędzony. Wskakujemy do wagonika tuż przed ostatecznym momentem wojny. Oczywiście to, co najważniejsze, poznajemy z retrospekcji, ale fabuła właściwie nie zwalnia, a po przekazaniu informacji przyspiesza w kolejnych pojedynkach. Nie mogłem się oderwać od lektury, zwłaszcza przez sączące się wątki o stracie, przeżywaniu troski o bliskich, a także chęć poznania tajemnicy tytułowego mecha.

Na niektórych planszach znajdziecie kilka zabaw formą, choćby dokończenie zdania przez inną postać na kolejnej stronie albo dwustronicową ilustrację pokazującą ewolucję i stworzenie nowego Dawnrunnera, który nie jest już zwyczajnym mechem. Przede wszystkim jest tu wiele kapitalnych ilustracji pokazujących technologię przyszłości. Tytułowy mech miał być Ferrari wśród mechów i rzeczywiście wygląda bardzo futurystycznie. Niemniej to element ludzki i potrzeba ochrony innych są tu najważniejsze. Są tu efektowne sceny, ale nie brakuje też rozczulających momentów.

Czytaj więcej o mechach: Goldorak

Scenariusz: Ram V

Ilustrator: Evan Cagle

Tłumacz: Dave Stewart

Wydawca: Lost in Time

Format: 180×275 mm

Liczba stron: 168

Oprawa: Twarda

Druk: kolor

Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo

 

 

Share This: