Moja księga godzin – recenzja komiksu Fransa Masereela
„Moja księga godzin” to już trzeci album Fransa Masereela na naszym rynku. Czytałem dotąd „Miasto” i nadal jestem nim oczarowany. Nowa książka też mi zawirowała w głowie. To nie jest typowy komiks. Nie ma dymków. W zasadzie nie ma kadrów, bo każda strona to jedna grafika. Jednak sekwencyjność jest wyraźna. 165 obrazków układa się w jedną historię.

W skrócie
Moja księga godzin – komiks bez słów
Sama fabuła jest dosyć ciekawa, bo Frans Masereel, mówiąc w języku gamerów, stawia do akcji swojego ludzika. Alter ego autora rusza w świat. I widać, że ta podróż go zmienia. Gdy zaczynamy jakąś grę, to nasza postać ma mało doświadczenia. U Masereela jest to jeszcze bardziej podkreślane przez charakter lekkoducha. Tak jakby jego bohater był śnieżnobiały, czysty, niezmącony złym doświadczeniem, nie zaznał porażki ani oszukania.

Masereel rusza w świat i to go zmienia, czuć parabolę przeżyć. Zawody, i to także miłosne. Wyśmiewanie, no bo jak można zakochać się w prostytutce. No, faceci tacy są. Potrafią doszukiwać się nadziei tam, gdzie jej zupełnie nie ma. Porażka ma gorzki smak, który pozostaje w ustach i wszystko zmienia. Czy da się później odczuwać radość? No niby tak, ale już taka jasna nie jest.
Życie jako sekwencja obrazów
Tardi we wstępie ma rację. Ten album jest niesamowicie głośny. Huczy w głowie życiowymi doświadczeniami. Mimo że nie ma tu dialogów. Nie ma narratora. Nikt nic nie mówi. Ot, postacie ustawiają się do zdjęcia. Cyk i się rozchodzą. Łącząc jednak grafiki w jeden ciąg, otrzymujemy symfonię przeżyć i doświadczeń.
To jest tak, jak kładziesz się po wymagającym dniu, w którym wydarzyło się bardzo dużo. Niby wkoło cisza, ale nadal huczy ci w uszach. I tak jest w „Mojej księdze godzin”. Od natłoku wydarzeń ten komiks aż ryczy. Hałasów miasta tu nie brakuje, ale i tak najgłośniejsze są jednak przeżycia bohatera. To jest pełnia życia. Oddychanie pełną piersią. Śmiałe parcie do przodu i nabieranie wiatru w żagle.
Drzeworyt jako czysta sztuka
Trochę o technice wykonania grafik, bo to kunszt sam w sobie. Masereel wykonywał ilustracje metodą drzeworytu. W sezonowanym drewnie z gruszy wycinał specjalne stempelki, którymi następnie odbijał plansze. Dzisiaj w zasadzie wystarczyłby pociągnięty tuszem wstępny szkic. No i nadal byłoby ekstra, ale i tak te drzeworyty to jednak z dwa poziomy wyżej. Czuć dokładność i ostrość wyrzeźbionego drewna.

Nad poszczególnymi planszami można się zatrzymać i podziwiać. Scena z kieszonkowcem rzeczywiście jest mocna. Ta krótka chwila, bo praca złodziejaszka to jednak zazwyczaj pozostałość niewidoczna, niedostrzegalna, piekielnie szybka i dokładna. Masereel postanawia ją zatrzymać, tak jakby jego bohater był ponad czasem. Mi najbardziej spodobała się jednak scena, w której bohater staje nago. Tak jakby sygnalizował, że ma już dość. Staje tak, jak się narodził, mówiąc do Stworzyciela, aby go zabrał. Natychmiast.
Komiks w naturalnej formie
Niemniej akcja idzie dalej i właściwie bohater przeżywa swoją śmierć. I gdy staje, aby zatańczyć jeszcze raz, a jego serce wypada z piersi i spada na ziemię, ten nie waha się przed tym, aby je zdeptać. A przedstawienie trwa dalej. I taniec. Sekwencje Masereela tak się rozkręcają, że nawet zgon głównego bohatera nie jest w stanie ich zatrzymać.
„Moja księga godzin” to coś więcej niż książeczka z modlitwami na cały dzień, bo mamy tu pełen cykl z życia bohatera. Ta czarno-biała książeczka ozdobiona jest żarówiastą zielenią, taki tam akcent, aby nie było zbyt ponuro. Niemniej najważniejsze jest to, że obcujemy z czystą sztuką sekwencyjną. Jest to komiks w jego naturalnej formie. Może na dzisiejsze standardy nieco eksperymentalnej, ale jednak u podstaw zwyczajnie naturalny.
Czytaj więcej: Miasto – powieść graficzna o nieustannym rytmie miejskiej dżungli
Informacja o wydaniu
Autor: Frans Masereel
Premiera: czerwiec 2026
Oprawa: Twarda
Liczba stron: 228
Wydawnictwo: Lokator
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









