Ta teksańska krew. Tom 2 – recenzja komiksu
Wydawnictwo KBOOM ruszyło w tym roku z kopyta, walcząc z malejącymi zasięgami i zainteresowaniem pozycjami ze swojego katalogu. „Ta teksańska krew. Tom 2” to kontynuacja serii, która zaczęła się ukazywać całkiem niedawno, na wspomnianej fali. Tempo niezłe. Trzeba przebierać nóżkami, aby nadążyć.

W skrócie
Ta teksańska krew. Tom 2 – kryminał z dreszczykiem
Chris Condon i Jacob Phillips serwują kryminał z dreszczykiem. Najważniejszym elementem całości jest to uczucie niepokoju, gdy patrzysz w ciemność i masz wrażenie, że zaraz coś z niej wyskoczy. A nawet zaczynasz w nicości rozpoznawać jakieś złowrogie kształty. Nic nie widzisz, ale to umysł podpowiada ci, że coś tam jest. Jak stwierdza szeryf Joe Bob Coates, nie ma nic bardziej przerażającego.

Aby podkreślić klimat opowieści o duchach, akcja rozgrywa się w retrospekcjach. Siedemdziesięcioletni szeryf najwyraźniej ma za wysoki poziom kortyzolu, budzi się w nocy nawiedzany przez wspomnienia sprawy zaginięcia dwójki dzieci, z czego pierwsze ginie już na początku poszukiwań. Udaje się do znajomego baru, których, jak wierzyć komiksom i filmom zza wielkiej wody, w Stanach Zjednoczonych musi być mnóstwo. Na przepięknej, dwustronicowej ilustracji cofa się w czasie i zaczyna snuć opowieść o pewnej starej sprawie.
Satanistyczna sekta czy coś znacznie gorszego?
Czego dotyczyła? Stosując ogromne uproszczenie: satanistycznej sekty. Czy, jak to określono, w stanie zalęgły się pasożyty, i to takie łaknące krwi. Tylko że tak naprawdę szatan nie miał z tym wszystkim niczego wspólnego, bo kilku szaleńcom poprzebieranym w czerwone prześcieradła chodziło o jakieś złowrogie bóstwo. Wyobrażam sobie, że taki Lovecraft okropnie by się obruszył, gdyby Cthulhu znalazł swoich wyznawców i określono by ich mianem sekty satanistycznej.
Ogólnie od samego początku wygląda na to, że są to bujdy, ale falujące teksańskie powietrze, dokuczający upał i ogromna brutalność sprawiają, że i czytelnik, i prowadzący sprawę zaczynają dopuszczać taką możliwość, że coś z tym starodawnym bóstwem może być na rzeczy. Ten niepokój przenosi się na czytelnika. To rozedrgane uczucie, które może wzięło się stąd, że człowiek żyjący na preriach musiał ciągle bać się o swoje życie, bo nocą grasowały drapieżniki i w każdej chwili mogło dojść do ataku. W większości przypadków to nieracjonalne uczucie, ale co w przypadku, gdy rzeczywiście coś tam w ciemnościach jest?

Aha, Teksas kojarzy się z pustyniami, dużymi samochodami i… giwerami. Oczywiście nie zabrakło tego aspektu, choć najbardziej wybijającym się głosem w sprawie jest dyskusja podczas zabawy dla dzieci. Wyciągnięte w górę dwa palce imitujące rewolwer zostają skwitowane stwierdzeniem: „Czy ma Pan na to pozwolenie?”. Trafne, ale czy funkcjonariusz chowający rewolwer do kabury nie naraża się na atak? Czy wydaje się, że aresztowany jest uzbrojony, czy nie?
Ta teksańska krew – czy warto sięgnąć po drugi tom?
Także „Ta teksańska krew. Tom 2” to zupełnie osobna opowieść, choć oczywiście kilka mrugnięć w stronę pierwszego tomu wychwycicie. No i lepiej poznajemy szeryfa, wokół którego cały czas toczy się fabuła. Aha, poprzednio pisałem, że dotychczas w Stanach wyszły trzy tomy, ale warto wspomnieć, że w tym roku zaczęła wychodzić nowa seria, co w sumie cieszy, bo nawet polubiłem tego starego skurkowańca z gwiazdą na piersi.
Czytaj więcej: Ta teksańska krew. Tom 1 – recenzja komiksu KBOOM western noir w Teksasie
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Chris Condon
Ilustrator: Jacob Phillips
Tłumacz: Bartosz Czartoryski
Wydawca: KBOOM
Seria: Ta teksańska krew
Format: 170×260 mm
Liczba stron: 176
Oprawa: Miękka
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









