Kwiat Bakteria Bronx – recenzja komiksu Saichanna | Mroczne historie Lost in Time
Kwiat Bakteria Bronx to zbiór komiksowych opowiadań Saichanna, argentyńskiego rysownika, który we wstępie Andersa Accorsiego nazywany jest wirtuozem. Już sama okładka jest ciekawa, a w środku świetnych czarno-białych ilustracji nie brakuje. A Lost in Time, jak to ma już w zwyczaju, dzieła mistrzów prezentuje na świetnym papierze i w dużym formacie. Nic tylko podziwiać.

Kwiat Bakteria Bronx – Trzy opowieści, trzy różne klimaty
Album zgodnie z tytułem można podzielić na trzy części. Każda jest inna pod względem klimatu, ale także względem techniki wykonania. No i w sumie ekstra, ale zastanowiłbym się, czy nie posortować tych komiksów chronologicznie, bo tak otrzymujemy najpierw najnowszą i najlepiej wykonaną część. Reszta też jest świetna, ale jednak trochę ustępuje genialnie zilustrowanym wojennym scenariuszom Ricardo Ferrari.
Kwiat: wojna bez heroizmu
Niemniej okładka obiecuje wojnę w Wietnamie i dzięki temu, że „Kwiat” jest na początku, to rzeczywiście pierwsze, co wjeżdża, to właśnie wojna. Turbo realistyczne i piekielnie szczegółowe ilustracje pokazują konflikt obdarty z heroiczności i wzniosłych wartości. Jest brudno, w powietrzu unosi się odór krwi, obie strony popadają w obłęd, a autorzy nie zajmują żadnej ze stron. Kwiat jest ekskluzywną prostytutką, oferującą swoje usługi każdemu, kto jest w stanie zapłacić niebagatelną sumę 500 dolarów. A sprzedaje nie tylko ciało, ale też marzenia.
Bakteria: dystopia pod pełną kontrolą
Później wjeżdża dystopijne science fiction w postaci „Bakterii” i o dziwo nie chodzi o zarazę przyszłości, tylko o jednostki, czy tę szczególną jednostkę, która postawiona jest w centrum wydarzeń, a która wypada na margines społeczeństwa, wymykając się „permanentnej inwigilacji”, sztywnemu kodeksowi postępowania oraz planowania każdej czynności, która jest później na dodatek monitorowana. To nie jest pierwsze ostrzeżenie, jakie padło w literaturze, ale i tak ciągle do tego dążymy.
Bronx: piekło zamknięte w dzielnicy
Finalnie dostajemy jeszcze „Bronx”, który najbardziej robi za zbiór opowiadań. Mimo że co chwilę pojawia się inny bohater, spokojnie wyczuć można wspólny mianownik. I nie jest to tylko jedna piekielna dzielnica, ale marny los, zniszczony życiorys i sprowadzająca każdego do parteru marność. Epizody wpadają po sobie, pogłębiając rozlewającą się beznadzieję. Piekło, albo przynajmniej czyściec na ziemi, zamknięty w jednej dzielnicy, z której nijak nie można się wydostać.
Siła narracji i różnorodność form
Grubawym albumem idzie się nacieszyć, daje dużą dawkę możliwości artysty. To jest trochę tak, jakby obejrzeć po sezonie trzech różnych seriali. Co prawda „Bakteria”, napisana jako jedyna przez Saichanna, ma liniowy charakter i opowiada historię jednej postaci, zakończoną zgrabnym niczym telemark zwrotem akcji. Ale już „Kwiat” ma czystą strukturę epizodów, choć akurat te schodzą się w jednym punkcie. Za to „Bronx” jest już płaszczyzną równoległych linii, które nie stwarzają wrażenia, aby się przecinały. Odcinkowość skrojona jest pod publikację w magazynach, ale dzięki nim można złapać oddech. Zwłaszcza że czasem Saichann tworzył dla nich ilustracje na pełną stronę, które spokojnie mogłyby robić za okładkę.
W „Bakterii” Saichann dołożył komediowy element, który moim zdaniem jest zupełnie niepotrzebny i trochę psuje klimat dystopijnej, klinicznej przyszłości. Martwe przedmioty, takie jak terminal kart płatniczych czy teczka na dokumenty, obdarzone zostały życiem i ludzkimi twarzami. Nie do końca rozumiem ten wybór artystyczny. No ok, dzięki temu plansze mają jeszcze więcej szczegółów. Możliwe, że chodziło o zmniejszenie napięcia wywołanego przez ciągłą kontrolę, ale po co, to nie wiem. Może Saichann sam musiał nieco odreagować.

Gorzki finał i wielki talent
W ten sposób ułożone opowiadania oferują bardzo gorzki finał, w którym za sto dolarów przyjaciel sprzedaje swojego przyjaciela. I wcale codzienna niedola nie jest lżejsza dzięki tym pieniądzom czy nawet dzięki działającemu radyjku. Bezpośrednia krzywda, zdrada od strony jedynego człowieka, którego ma u swojego boku, i trauma na lata, jak nie do końca życia. Co byłoby, gdyby na końcu był „Kwiat”? Zdecydowanie byłoby mniej mrocznie, choć nie do końca wesoło, ale otwarte zakończenie daje przynajmniej promyczek nadziei.
Saichann trafia do mnie na radar. Spokojnie można jego nazwisko wymieniać na jednym wdechu z innymi geniuszami, którzy mają dynamit w łapie. Zdecydowanie warto sobie ten album dawkować i zatrzymywać się przy naładowanych szczegółami planszach.
Scenarzysta: Alberto Saichann, Ricardo Ferrari, Eduardo Mazzitelli
Ilustrator: Alberto Saichann
Tłumacz: Jakub Jankowski
Wydawca: Lost in Time
Format: 210×290 mm
Liczba stron: 220
Oprawa: Twarda
Druk: cz.-b.
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









