Chronosquad. Miesiąc miodowy w epoce brązu – recenzja. Podróże w czasie pełne humoru i tajemnic
Ależ miałem frajdę, czytając ten komiks. „Chronosquad. Miesiąc miodowy w epoce brązu” to pierwszy tom serii o podróżach w czasie i elitarnej jednostce, która ma utrzymywać porządek. Co jest w tym najlepszego? W przeszłości czas płynie wolniej, więc urlop jest długi, ale po powrocie nie minęło dużo czasu. Gorzej jest z komunikacją, ale nad urlopowiczami ktoś czuwa, więc wszystko jest bezpieczne, prawda? Otóż nie do końca.
W skrócie

Wakacje w przeszłości? Czemu nie!
Głównym bohaterem jest Bloch, bardzo inteligentny typ, ale jednocześnie mało rozgarnięty. Wygląda strasznie zwyczajnie, ma duży nos, roztrzepaną fryzurę i dość mikrą muskulaturę. Od dawna marzył, aby wstąpić w szeregi Chronosquadu. To wciągający punkt wyjścia, ułatwiający czytelnikowi poznawanie nowego uniwersum razem z nowicjuszem.

Bloch trafia do Chronosquadu
Misjami kieruje profesor, wyglądający na ekscentrycznego, co ma sznyt przygodówek, choćby takich jak nasze „Tytusy”. Oczywiście świeżak na swoją pierwszą misję nie rusza sam, ale w towarzystwie dwóch doświadczonych agentów. Sama misja to jednak nie zwyczajna misja ćwiczebna, tylko poważna sprawa zaginięcia pary nastolatków. I to nie zwyczajnych, tylko powiązanych z jakąś grubą rybą. Tak że priorytet sprawy jest wysoki i wysłanie świeżaka na taką misję może wzbudzać kontrowersje, takie jak niepodyktowanie karnego przeciwko Argentynie.
Lekka kreska, poważne konsekwencje
Mamy tu uproszczoną kreskę, nieco cartoonową, a sama narracja prowadzona jest kapitalnie. Choćby pierwszy rozdział kończy się akcją porwania w środku nocy, w totalnej ciszy i z akcją przeprowadzoną w ekspresowym tempie. To jest sekwencyjna sztuka, niewymagająca żadnych dialogów ani komentarza narratora.
Fikuśna kreska i przyjemne mordki niech was nie zwiodą. Starożytny Egipt to niezbyt przyjemny okres. Momentami jest brutalnie. Na własne oczy można się przekonać, jak bezwzględnie traktowane są zwierzęta i… niewolnicy. Zresztą nadal można odczuć rozdźwięk między częścią oficjalną, a tą zwyczajną. Gdy opuścicie piękny, nowoczesny kurort i wybierzecie się poza miasto, odkrywacie inny świat, biedę i marne warunki, w których funkcjonują zwykli ludzie.

W celu znalezienia nastolatków przenosimy się do starożytnego Egiptu, ale linie czasowe się plączą. W połowie tomu wpada kolejna zagadka, tym razem w epoce lodowcowej. Ponadto pojawiają się przebitki z jakimś niemowlęciem pływającym w ciemnych wodach. Jest jeszcze kwestia dość zmyślnego więzienia, opartego na podróży w jedną stronę. Giorgio Albertini wszystko zaplata tak, aby popychać misję do przodu, ale jednocześnie raczej mnożyć pytania, niż na nie odpowiadać.
Bardzo udany początek serii
Oczywiście kibicujemy Blochowi, a ten z każdą stroną zdobywa nowe doświadczenia i czuje się coraz pewniej. Niemniej na końcu pierwszego tomu wpada w nie lada tarapaty. Mam nadzieję, że wydawnictwo Non Stop Comics długo nie będzie trzymać go w takim położeniu, choć myślę, że jego życie nie jest tak do końca zagrożone. No i najlepsze, że dużo dobra jeszcze przed nami. Na końcu znalazła się rozpiska informująca, że główna seria to cztery tomy, a za nimi jeszcze dwa spin-offy. Dla mnie „Chronosquad. Miesiąc miodowy w epoce brązu” to spora niespodzianka, która mocno mnie zaintrygowała i najchętniej przeczytałbym od razu całość.
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Giorgio Albertini
Ilustrator: Grégory Panaccione
Tłumacz: Jakub Syty
Wydawca: Non Stop Comics
Seria: Chronosquad
Format: 194×255 mm
Liczba stron: 240
Oprawa: Twarda
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









