Wojownicze Żółwie Ninja. Żółwie kontra Nowy Jork. Tom 2 – recenzja. Jason Aaron rozwija nową erę TMNT
„Wojownicze Żółwie Ninja. Żółwie kontra Nowy Jork” to kontynuacja serii Jasona Aarona po relaunchu. W zeszłym roku dostaliśmy pierwszy tom, w tym roku wpada kontynuacja z kolejnymi sześcioma zeszytami. Aj, niby nie jest to już ewenement na naszym rynku, ale że inni wydawcy z żółwikami się męczyli, cieszy, że Nagle wydaje nowe przygody w tak żwawym tempie. Na okładce rok 2025, czyli jesteśmy prawie na bieżąco. Szkoda, że nie można tego samego powiedzieć o starszych seriach.

W skrócie
Nowa drużyna po relaunchu
Jason Aaron rozproszył drużynę po świecie i doprowadził do jej zjednoczenia, ale nie dostajemy wesołej drużyny, którą znamy z dzieciństwa. I to jest ekstra, bo nie zaznajemy zwyczajnego restartu, po którym nic się nie zmienia. Co wiązać się może ze zwykłą chęcią zarobienia na starych fanach jak najmniejszym wysiłkiem. Z szacunkiem dla wielbicieli marki otrzymujemy nową drużynę opartą na starych definicjach wymyślonych przed laty z kilkoma ciut dalej wysuniętymi akcentami.
Jedna z większych zmian tyczy się Donatella, który rozłąkę przeżył najgorzej. Teraz jest strasznie wychudzony, a umysłem odpływa od rzeczywistości. Przypomina wykształtowanego latami yogina. Szkoda go trochę, bo dowódca drużyny zawsze był najbardziej ogarnięty ze wszystkich, ale ma to swoją funkcję w fabule. Dzięki takiemu, a nie innemu ustawieniu tej postaci udaje się znaleźć furtkę do przejścia.
Druga ważna zmiana tyczy się Splintera, bo ten został zghostowany, a przynajmniej tak się wydaje. Wpływa to mocno na niezrównoważenie drużyny. No i jeszcze Casey Jones trafił do szpitala, a jego zastępstwo zostało wybrane dość niespodziewanie, choć z najbliższego środowiska. Żółwie muszą sobie poradzić z nietypowym zagrożeniem, które prezentowane jest w dwóch warstwach. Politycznej i magicznej, choć żołnierzami obu są starzy bojówkarze ninja znani jako Stopa. Dla tych, którzy nie wiedzą, jest to nawiązanie do Klanu Ręki z Daredevila.

Wojownicze Żółwie Ninja. Żółwie kontra Nowy Jork
Im bardziej Żółwiki są nienawidzone w komiksie, tym bardziej je uwielbiam. Albo inaczej, kocham Żółwie tak bardzo, że żaden mizerny prokurator starający się przejąć władzę w mieście nie jest w stanie na to wpłynąć. Niemniej wrogie nastawienie całej ludności do drużyny w dość wątłej kondycji to niewesoła sytuacja. Ale kłopoty będą jeszcze większe, bo prokurator z rozdziału na rozdział staje się coraz większym potworem. Wytacza choćby Żółwiom proces, a ci Matta Murdocka nie mają w swojej drużynie.
Juan Ferreyra w świetnej formie
Rysunki Juana Ferreyry dobrze oddają fabułę, co już widać na okładce. Niby jest kolorowo, ale jednak dość brudna kreska wprowadza sporą dozę mroku i intensywności. Z frontu wywnioskować można jeszcze jedną rzecz. Ferreyra włada zmysłem kompozycji, skleja kilka obrazków w jeden, co wygląda szykownie i dynamicznie. Blaszana skorupa Donatella odbija sylwetki pozostałych żółwi i przyjaciół, co zwyczajnie wygląda ekstra.
A w środku jest tego więcej, choćby akcja Michelangela z wejściem do budynku i pokonaniem przeciwników na dwustronicowej sekwencji. Scena zwieńczona jest humorystycznie, bo Raphael wskazuje, że wystarczyło wejść przez okno. Ach, wypatrzyć można też żółty dres, w jakim Bruce Lee występował w „Grze śmierci”, ale im więcej to widzę, tym mniej mnie to cieszy. W „Kill Billu” było fajne i jeszcze kilka razy, ale ile można.
Mroczne Żółwie, które nadal bawią
„Bolesne skorupy. Zmęczeni do cna. Idą po ciemku w błocie. Grześ przed nimi, w cieniu, zawsze czai się jakieś niebezpieczeństwo. Ale każdy krok… wywołuje uśmiech” – jest to doskonałe podsumowanie tego komiksu. Jeśli ciągle wam mało żółwi, to śmiało… częstujcie się.
Czytaj więcej: Wojownicze Żółwie Ninja. Powrót do Nowego Jorku. Tom 1 – żółwie wróciły!!!
Dane wydania
Scenarzysta: Jason Aaron
Ilustrator: Juan Ferreyra
Wydawca: Nagle Comics
Seria: Wojownicze Żółwie Ninja
Format: 170×260
Liczba stron: 160
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









