Thorgal. Kriss de Valnor. Góra czasu. Tom 7 – recenzja. Finał coraz bliżej
Spin off z największą złośnicą z uniwersum Syna Gwiazd chyli się ku końcowi. Przynajmniej dla mnie, bo jeśli czytaliście na bieżąco, to album „Thorgal. Kriss de Valnor. Góra czasu” czytaliście w 2017 roku. Ja większość z tych „świeższych” tomów czytam po raz pierwszy. Muszę przyznać, że Xavier Dorison wniósł sporo jakości, choć wybory Sentego i wizja ogromnej fabuły tyczącej się Czerwonych Magów jednak niosły swoje konsekwencje.

W skrócie
Kriss i Jolan na dwóch frontach
Ten tom można podzielić na dwie części. Pierwszą połowę zajmuje Kriss i to ona udaje się na Górę czasu, zostawiając władzę i inne takie tam, aby odnaleźć swojego syna Aniela. Z tym że zrobił to już Thorgal na łamach serii głównej, więc ta pogoń jest trochę bez sensu. W drugiej części na front wychodzi Jolan, kontynuując wątki o największym, bo tyczącym się całego kraju znaczeniu. Ma szansę zakończyć wojnę, a wszystko dzięki Strażnikowi Sprawiedliwości i arenie do pojedynku jeden na jeden.

Pogoń za czasem
No cóż, podróże w czasie, pętle czasowe i alternatywne ścieżki wydarzeń zwyczajnie lubią się plątać. Trzeba umieć dobrze wszystko zaplanować, aby wyszło to dobrze, a zazwyczaj jednak się nie udaje. Choć to, co zrobił Van Hamme we „Władcy gór”, to jednak przykład na to, że może wyjść genialnie. Góra czasu, a właściwie trzy Góry czasu, to wytrych, aby Kriss dotarła do Bag Dadu w ekspresowym tempie i to bez odrzutowca. Wystarczy trochę wysiłku i odpowiednia ofiara, a specjalnym sztyletem można przeciąć rzeczywistość.
I jednak ta część budzi lekki niesmak. No bo Kriss niby jest tylko jedna i się nie zmienia, ale jednak to, co z tą postacią wyczyniał Sente, wołało o pomstę do nieba. Nie dziwi więc, że nawet gdy złośnica osiągnęła niemalże wszystko, zostaje przerzucona w zupełnie innym kierunku. I dobrze, niech trochę powalczy o swoją tożsamość, choć trudno mi wyobrazić ją sobie jako troskliwą i kochającą matkę.
Wielka rola nie pasuje mi też do Aniela, ale druga część albumu jest dużo lepsza i na naprawdę niezłym poziomie. Rezygnacja scenarzystów z wielkiej bitwy na rzecz rozegrania pojedynku w kieszonkowym świecie kapitalnie się sprawdza. Akcja przyspiesza, zegar tyka, zaczynają się podchody i poznawanie otoczenia. Nauki Thorgala nie poszły w las, choć nie wszystko idzie po myśli chłopaka i dostajemy paskudny cliffhanger. I to literalny.

Pojedynek zamiast wielkiej bitwy
W sumie autorzy całkiem zgrabnie wymyślili, aby kończące wątki Kriss i Jolana rozegrać równolegle i dokończyć oba w ostatnim tomie spin offu. A ósmy tom, co nie dziwi, został nazwany po ścieżce syna Thorgala, bo Strażnik Sprawiedliwości wytycza drogę dla fabuły. Przyznam, że jestem bardzo zaciekawiony, czego w sumie się nie spodziewałem.
Rysunki są całkiem przyzwoite. Vignaux potrafi rozegrać dynamiczne sekwencje, pojedynków i pościgów jeden na jeden jest chwila. Radzi sobie także z częstą zmianą otoczenia, bo Góra czasu przerzuca bohaterów ze skutego lodem szczytu na środek morza. A gdy postaciom brzydnie już nadmiar wody, lądują na pustyni. Jolan za to zostawia Northland i ląduje w środku dżungli. Tak spazmatycznych zmian w żadnym tomie nie było, ale patrzy się na to z niegasnącym zaciekawieniem.
Jedynie gdy w onirycznej przebitce, gdy Jolan walczy o życie, pojawia się Thorgal, to się lekko skrzywiłem, bo Aegirsson zupełnie nie jest do siebie podobny. Vignaux w końcu trafił do serii głównej, zastępując samego Rosińskiego. Z tego, co pamiętam z „Warega Ozura”, już chyba nie było tak źle. Może miał czas, aby się wprawić.
Czas na wielki finał
Miło, że w egmontowym wydaniu jest trochę dodatków, choć szkice i scenariusze to jednak dla mnie jednorazowa przyjemność. Tymczasem to wszystko. Zapraszam następnym razem na zamknięcie spin offu z Kriss.
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Xavier Dorison, Mathieu Mariolle
Ilustrator: Frédéric Vignaux
Tłumacz: Wojciech Birek
Wydawca: Egmont
Seria: Thorgal: Kriss de Valnor
Format: 225×295 mm
Liczba stron: 56
Oprawa: Twarda
Druk: kolor








