Doktor Bezwartościowy – recenzja. Jak Fredric Wertham niemal zniszczył amerykański komiks

„Doktor Bezwartościowy” to żartobliwe określenie na Fredrica Werthama opublikowane w popularnym magazynie „Mad”. Tak branża walczyła z poważnymi oskarżeniami o deprawację dzieci. Przewrotną i żartobliwą historyjką. Można się uśmiechnąć, ale sytuacja w połowie lat 50. dla komiksów była bardzo groźna. Jeden człowiek o mało nie zniszczył całej branży komiksowej? Wydaje się to być nieco przesadzonym stwierdzeniem, ale fakt, że wstrząs był potężny i zmiótł wydawnictwo EC Comics z powierzchni ziemi.

Doktor Bezwartościowy

Dokument ciężki jak ołów

Autorzy „Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?” biorą się za kolejną historię non-fiction. Poprzednio było o okropnych zbrodniach i, co nieco zaskakujące, historia Werthama nie jest od nich wolna. Zanim Doktor Bezwartościowy zaczął wpływać na popkulturę, występować jako autorytet i publikować książki, praktykował jako psychiatra. Zanim więc przejdziemy do tematu najbardziej nurtującego komiksiarzy, czyli tego, co Wertham zrobił komiksom, przechodzimy przez galerię dewiacji i potworności. Tym bardziej obrzydliwych, dużo bardziej działających na żołądek niż najgorszy film w gatunku gore, bo wydarzyły się naprawdę.

Tak jak poprzednio dostajemy rysunki w szarościach, choć kontur wykonany jest ołówkiem. Ta ponura warstwa graficzna podkreśla ciężkie treści. Z tym że ten komiks czyta się mozolnie, nie tylko przez same okropieństwa związane z praktyką psychiatry. „Doktor Bezwartościowy” jest wręcz zalany tekstem, a momentami jest naprawdę gęsto od tekstu godnego ciężkiej psychoanalizy. Ja rozumiem, że ma to być głównie komiks dokumentalny, ale gdy na takiej 79. stronie wpada lekka sekwencja, w której zaglądamy do domu jednego z pacjentów Werthama, przyjmuję to jak wpuszczenie powietrza do dusznego pomieszczenia.

Doktor Bezwartościowy

Od psychiatrii do wojny z komiksami

Fredric Wertham przedstawiony jest dość skrupulatnie, choć nurt krytyki jest podkreślony przynajmniej jedną grubą linią. Wszystko układa się w jeden ciąg przyczynowo-skutkowy. Apodyktyczna osobowość wywoływała brak popularności wśród współpracowników. Odczucie niedoceniania i zajmowanie stanowisk poniżej kwalifikacji, przynajmniej w odczuciu Werthama, popychały go do poszukiwań i badań na własną rękę. Kierował się własnymi przeczuciami i teoriami zostając na placu boju sam.

Zanim rozpoczął ofensywę na komiksy, dowiadujemy się, że Wertham aż taki bezwartościowy do końca nie był, bo pomagał czarnoskórym za bezcen. Wtedy przylgnęła do niego ksywa Doktor Ćwiara, bo za pomoc pobierał symboliczną opłatę. I tu przechodzimy do ofensywy na komiksy, choć pierwszy wątek ataku na opowieści obrazkowe taki bezpodstawny nie był, bo Wertham wskazywał przedstawianie czarnoskórych w sposób prześmiewczy lub zwyczajnie gorszy. I tu, moim zdaniem, wpada jeden z nielicznych kadrów z komiksów Marvela, bo Whitewash Jones rysowany był niemalże jak z „murzyńskiej czytanki”.

Doktor Bezwartościowy

Doktor Bezwartościowy na wojennej ścieżce

No i przechodzimy do najciekawszej części, a punktem zapalnym jest przejęcie przez Billa Gainesa firmy po ojcu i jej rozdmuchanie tytułami o tematyce horrorowej. I to głównie one padły ofiarą Werthama. Główne grzechy Doktora Bezwartościowego to doprowadzenie do upadku EC Comics, zdmuchnięcie z rynku horrorów, wprowadzenie cenzury komiksowej oraz doprowadzenie do paniki zbiorowej i publicznego palenia komiksów. I to jest dopiero horror, gdy ktoś w ręku trzyma płonący „Action Comics #1”, warty dziś krocie. Być może i przez samego Werthama.

W części dotyczącej komiksów jest też najciekawiej pod względem rysunków, bo do pokazywania komiksów z epoki i z nurtu Eric Powell zmienia styl i przepięknie pracuje tuszem. Najczęściej wspominane, czy wręcz pokazywane, są komiksy DC Comics i EC Comics, ale jestem przekonany, że w jednym z kadrów wypatrzyłem Jacka Kirby’ego z jego cygarem w zębach.

Gratka dla fanów historii komiksu

„Doktor Bezwartościowy” to ciężka lektura. W wielu miejscach musiałem się przebijać, a szczegółowe opisywanie zwyrodnień i morderstw przyjemne w odbiorze nie jest. Nadal, jeśli ktoś chce w pełni rozumieć rynek komiksowy, określiłbym tę pozycję jako obowiązkową, bo ściany tekstu niosą wiedzę o wydarzeniach, których wpływ może już i się trochę zatarł, ale które ustawiły sztywny status dla amerykańskich komiksów na lata.

Czytaj więcej: „Słyszeliście, co zrobił Eddie Gein?” – bo ja, szczerze mówiąc nie

Informacje o wydaniu

Scenarzysta: Harold Schechter
Ilustrator: Eric Powell
Tłumacz: Marceli Szpak
Wydawca: KBOOM
Format: 152x229mm
Liczba stron: 200
Oprawa: Twarda
Druk: cz.-b.
Papier: offset
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo

Share This: