Soli deo gloria – komiks, który można usłyszeć
Muzyka od zawsze była ważną częścią mojego życia. Od lat pacholęcych miałem swoich ulubionych twórców, kolekcjonowałem kasety, a później płyty. Uwielbiałem musicale, a kaseta z piosenkami z „Akademii Pana Kleksa” co chwilę rozbrzmiewała w moim pokoju. Nie ulega wątpliwości, że dzięki muzyce szare dzieciństwo z końcówki PRL-u nabierało kolorytu. „Soli deo gloria” to komiks o muzyce właśnie. Dziewiąta sztuka, która z konstrukcji jest niema i głucha, oddaje hołd siostrze, choć właściwie dzieli ich bardzo dużo.

W skrócie
Soli deo gloria – komiks, który można usłyszeć
W tym komiksie zachwyca wszystko, zaczynając od przepięknej okładki ze złoceniami. Przez oprawę graficzną podkreślającą, jak życie byłoby ponure bez muzyki. Po historię eksplorującą różne aspekty artyzmu i obcowania z muzyką. Hans i Helma to bliźnięta, które przyszły na świat w prostej rodzinie chłopskiej. Bez wykształcenia, bez warsztatu, totalne natursztyki biorą świat muzyki szturmem. W totalnej symbiozie, choć ich talenty bardziej się uzupełniają, niż na siebie nakładają. Hans komponuje i tworzy muzykę, Helma wykonuje, śpiewa. Choć zachwycają oboje.
Nawet jeśli muzyka jest wam obojętna, choć takich ludzi to chyba jest niewiele, to po „Soli deo gloria” warto sięgnąć nawet dla samych ilustracji. Cudne, choć ponure ilustracje rozświetlane są kolorami imitującymi dźwięk. Czy to śpiew ptaka, czy wirtuozerska gra na klawesynie, czy śpiew solistki. Właściwie nie ma tu zapisu nutowego, choć marginesy dałoby się zagrać, ale linie wiją się, podkreślają intensywność i amplitudę. Nawet można by się pokusić o stwierdzenie, że jest to pewnego rodzaju partytura.
Jak narysować dźwięk?
Choć najważniejsze jest nie odczytanie dźwięku, a poczucie go. Dostajemy wyobrażenie o najpiękniejszym utworze na świecie. Trochę tak jak w „Tribute” od Tenacious D. Absolutu nie da się przekazać dosłownie, trzeba o nim opowiedzieć. Choć jak wpiszecie w Spotify „Soli deo gloria”, to coś jednak odkryjecie.

Fabuła przebiega po amplitudzie. Biedne dzieci, które znają tylko wieś, przechodzą na salony, po to tylko, by spaść z nieboskłonu na samo dno i się od niego odbić. Wychodzą ze świata, w którym jedyną muzyką jest stukot narzędzi (choć i z tego można ułożyć całkiem niezłe utwory), przez zachwyt światem i możliwościami odkrywają takie uczucia jak zazdrość. Przekonują się też, że nie wszystkie terytoria muzyczne wiążą się z przyjemnością. Jest ciężka praca. Są rozczarowania i gorycz porażki. A sława. O, sława potrafi zawrócić w głowie.
Od wiejskiej chaty po muzyczny Olimp
To w sumie nie jest tak, że sama muzyka jest odgrodzona od grafiki murem. No, nie do końca, bo albumy muzyczne przyozdabiane są okładką, która potrafi współgrać z muzyczną zawartością. Zdarzało mi się kupić jakąś płytę tylko dlatego, że spodobała mi się okładka. Niemniej ilustracja oddziałuje na zupełnie innym poziomie, choć komiks jako medium robi wszystko, aby można było go usłyszeć. „Soli deo gloria” na tym polu to wręcz symfonia dźwięków, melodii i przeżyć. Tych związanych z dźwiękami.

Ponure ilustracje, które serwuje Cour, kojarzą mi się z obrazami Theodora Kittelsena, które spodobały się tak norweskim black metalowcom, że trafiły na okładki takich albumów jak „Filosofem” czy tył „Dark Medieval Times”. Jest nieco surowo, ale to tylko podkreśla klimat i twardość rzeczywistości. Muzyka rozlewa się kolorem po szarościach i pokazuje swoje piękno i nieokiełznanie.
Warto też zwrócić uwagę na smaczki w nazwach i imionach, bo wyłowić można kilka ciekawych anagramów. Poznać można w ten sposób, komu twórcy oddają hołd. Podsumowując, oczarował mnie ten komiks i rezonował z dwoma moimi pasjami. Może to nie jakaś turbo rzadkość, ale jednak nie zdarza się zbyt często.
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Jean-Christophe Deveney
Ilustrator: Édouard Cour
Tłumacz: Marta Duda-Gryc
Wydawca: Lost In Time
Format: 215×290 mm
Liczba stron: 280
Oprawa: Twarda
Druk: cz.-b. + kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









