He-Man i Władcy Wszechświata. Miecz skaz. Tom 1
Były już „Wojownicze Żółwie Ninja”. Były „Motomyszy z Marsa”. Za czym jeszcze tęsknią dzieciaki wychowujące się w latach 90.? Za „Toxic Crusaders”? Pewnie też, niemniej film z tego roku przywołał innego herosa. „He-Man i Władcy Wszechświata. Miecz skaz” to kolejny komiks pachnący melancholią.

W skrócie
He-Man wraca z lat 90.
O co chodzi? Czy jest ktoś, komu trzeba tłumaczyć? Ano pewnie dzisiejsze dzieciaki nie znają. Jest świat, w którym magia wymieszana jest skrzętnie z technologią. Szanowani władcy wychowują tchórzliwego księcia, którego towarzyszem jest ogromny kot. Też tchórzliwy. Niemniej jak Adam wyciąga magiczny miecz i wypowiada zaklęcie kończące się „Mocy przybywaj”, zmienia się w potężnego herosa. Kot zresztą też.

A o co tak naprawdę chodzi? Ano o zarabianie pieniędzy. He-Man przyniósł firmie produkującej figurki spore dochody. Niemniej to przy telewizorze spędzałem czas, by oglądać przygody tego władającego magicznym mieczem. I choć wiem, że melancholia sprzedaje się u nas całkiem nieźle, to a co tam. Postanowiłem sprawdzić, co tam u komiksowego He-Mana.
Kto tu właściwie jest bohaterem?
Fabuła komiksu „He-Man i Władcy Wszechświata. Miecz skaz” opiera się na drugim mieczu, który spada na świat. Zaczyna się wyścig, kto pierwszy, ten lepszy, choć to, że jest fioletowy, już sugeruje, do kogo powinien trafić. I rzeczywiście to Szkieletor jako pierwszy wpada na pomysł, by sięgnąć po Miecz Skaz.
Jak po latach przyglądam się tym postaciom, to najpierw dostrzegam wielką różnorodność w kreacji. W sumie to czego tu nie ma. Jest wojownik w futrzastych gaciach. Jest gadający zielony tygrys. Są dwie czarodziejki. Jest nadworny wojownik obleczony w technologiczny pancerz. Jest trollowaty mag, którego oblicze skryte jest pod kapeluszem. No i jeszcze szkielet obleczony w purpurowy kostium.
Jeżeli miałby to być wasz pierwszy kontakt z tym uniwersum, to śmiało. Nawet dostajecie małą genezę tego świata, wyjaśniającą, jak to magia wymieszała się z technologią. Na dodatek rysunki są całkiem przyjemne, a kreska nie jest zbyt czysta, przez co odnosi się wrażenie, że na planszach dzieje się nawet więcej, niż dzieje się w istocie. Nie rozumiem za bardzo, czemu Szkieletor ma zielonego ryja, ale niech se już będzie.

Historia jest dość krótka, dostajemy cztery zeszyty okraszone cliffhangerem. Tak, tak. Nie ma miękkiej gry, jak wsiąkniecie, to będziecie czekać od razu na kontynuację. Jak ja się bawiłem? Całkiem nieźle, choć zauważyłem, że He-Mana już tak nie lubię. No niby fajnie, że właściwie przebraniem tego herosa jest tchórzostwo, chyba że urok włochatych gaci sprawia, że nikt się nie orientuje, że on i Adam to ta sama osoba. Ale zaczynając od lamerskiego pseudonimu, przez sztywne teksty. Nawet ciężkie przeżycia, nie zmieniają go to na tyle, aby go polubić. Ot, zaczyna chodzić i się użalać nad sobą.
Szkieletor kradnie show
Za to na gwiazdę odcinka wyrasta… Szkieletor. Może to i efekt starzenia, jako dzieciak raczej bym nie polubił złola, a tymczasem… Świetne teksty, dzięki którym aż przeskakują na czytelnika iskry. Rusza do akcji, bo namawia go kobieta. No naprawdę, to jest tak prawdziwy sposób na wywołanie nowej przygody. Staje się w tym komiksie prawdziwym koksem, odbiera moc jakiemuś bóstwu, a z Kota Bojowego robi z powrotem skulonego kociaka. Jest mocno i brutalnie.
Na początku myślałem, że się zanudzę, ale wychodzi całkiem interesująco, choć to Szkieletor staje się „moim” bohaterem. Mam nadzieję, że za szybko go mocy nie pozbawią. W komiksach z „bajek z dzieciństwa” nadal prym wiodą u mnie żółwiki, ale He-Mana raczej będę sprawdzał dalej. Może znowu trafi się kilka dobrych tekstów od głównego antagonisty.
Czytaj więcej: Wojownicze Żółwie Ninja. Żółwie kontra Nowy Jork. Tom 2 – recenzja. Jason Aaron rozwija nową erę TMNT
Informacje o wydaniu
Autor: Tim Seeley, Freddie E. Williams II
Wydawca: Nagle Comics
Seria: He-Man i władcy wszechświata
Liczba stron: 112
Oprawa: Miękka
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









