Klub blaszanej puszki – Iron Man w świeżej odsłonie czy rip-off
Czy w superhero da się wymyślić coś, czego nie wymyślił już wcześniej Marvel albo DC? Szczerze wątpię, ale Peter Warren, Rick Remender i Francesco Mobili udowadniają, że dobrze zmieniając akcenty w znanych definicjach, da się stworzyć coś, co pachnie świeżo. „Klub blaszanej puszki” to w zasadzie dobrze wypolerowany Iron Man, ale taki, który śmiga jak marzenie, a nie zacina się przez zbyt długi przebieg.

W skrócie
Klub blaszanej puszki, czyli Iron Man na świeżo
Największą bolączką tysięczników, czyli serii, które startowały gdzieś w latach 60., są ogromnie rozwleczone historie. No i świadomość, że bohaterowi nic nie może się stać. No bo skoro przetrwał dziesięciolecia, to dociągnie jeszcze co najmniej do końca story arcu. A nawet gdy zaliczy glebę, to ktoś albo coś go wskrzesi. Tu jest inaczej, bo fabuła startuje od śmierci głównego bohatera. Tak że znamy jego finał, teraz trzeba już tylko poznać historię.
Caliburn ginie i to w okrutny sposób. Jego ciało zostaje przygwożdżone do podłogi, członki powyginane, a czaszka zmiażdżona. Jest poważnie i czuć tu zapach tajemnicy. O blaszaku, jak i jego prywatnej tożsamości, czyli Johnnym Moorze, wiemy niewiele. Trudno więc rozpaczać nad poległym. Z końcem opowieści to się oczywiście zmienia. A przejażdżka na początku nie polega na superbohaterskim combo, eksplozjach i pojedynkach, a na rozwiązaniu kryminalnej zagadki. Świetnie? No, pewnie, że tak!
Niepełnosprawność, przyjaźń i droga na szczyt
No to szukamy, o co chodziło z tym całym Johnnym. Po przyjaciołach, znajomych, współpracownikach. Ktoś coś wie? Co się z nim działo? Czy miał wrogów? Kto mógł mu życzyć źle? I okazuje się, że Moore nie miał łatwo. Przy rozszczepieniu kręgosłupa kawałek odłamka spoczywający przy sercu to pikuś.

A więc kalectwo jest tu motorem do działania. I to tak potężnym, że winduje Johnny’ego na sam szczyt. Niemniej jego pierwszym sukcesem jest znalezienie przyjaciół. „Klub blaszanej puszki” to nie fanklub blaszaka podobnego do Iron Mana. To grono najlepszych kumpli, którzy w skrytce odkrywają skrawki niemożliwego. Niby zwykłe rzeczy, ale pozostające poza zasięgiem. Przynajmniej dla Johnny’ego.
Owszem, dowiadujemy się, czego dokonał Moore, ale poznajemy go przede wszystkim od strony uczuć, które wzbudzał. To, że umarł, zaczyna doskwierać, a widok z początku komiksu robi się przykry. Autorzy sprawiają, że zaczynamy lubić bohatera, choć dotarcie na sam szczyt nie obyło się bez drogi usianej poświęceniami. Także w relacjach i przez odcięcie się od starych znajomych.
Klub blaszanej puszki, czyli siła relacji
Całość to tylko 9 zeszytów, choć to i tak więcej niż standardowy story arc, zazwyczaj rozpisywany na góra pięć odcinków. Co prawda w środku odnosi się wrażenie, że koniec miał być wcześniej, a nagle autorzy odkryli parabolę, jak przedłużyć przygody, ale w sumie całość wygląda na dobrze przemyślaną i w końcowym rozrachunku całkiem zgrabną.
Co prawda najbardziej podoba mi się, gdy fabuła ma znamiona kameralności. Johnny tworzy swoje pierwsze protezy, zyskuje mobilność, a z czasem ukrywa swoją tożsamość, ale, jak mniemam, prędzej czy później musiało dojść do wojen pancerzy. Czerwone, jak wiadomo, są najlepsze.
Ostatnio kolega mnie pytał, czy poleciłbym mu jakieś dobre superhero. Bez wahania wskazałem „Invincible’a”. Dalej już musiałem się zastanowić. A „Klub blaszanej puszki” to właśnie coś wartego polecenia i przeczytania. Bez odkrywania nieznanych lądów, ale nadal ma te iskry, których nie widać u dużych graczy i zupełnie nie czuć powtórek z rozrywki.
Czytaj więcej: Invincible. Tom 1 – Nowoczesne spojrzenie na klasyczne superbohaterskie motywy
Informacje o wydaniu
Scenarzysta: Peter Warren
Ilustrator: Francesco Mobili
Tłumacz: Maciej Muszalski
Wydawca: Non Stop Comics
Format: 170×260 mmsci
Liczba stron: 256
Oprawa: Miękka
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony przez wydawnictwo









