Ćma. Żabie królestwo – pierwszy album superbohatera Tomasza Grodeckiego
Kibicuję Tomaszowi Grodeckiemu od samego początku. Ćma zadomowił się w polskim komiksowie i bardzo dobrze – polski superbohater z domieszką science fiction, literatury i noir zdecydowanie ma swoje miejsce na rynku. To nie jest debiut, ale „Ćma. Żabie królestwo” stanowi pewnego rodzaju nowy początek. Po zeszytach i epizodach publikowanych tu i ówdzie dostajemy pierwszy pełnoprawny album. I bardzo dobrze.

Do przeczytania
Duży format i duży przeciwnik
Oleksów otwiera album mroczną ilustracją: góra kości, zdemolowany bohater i spojrzenie głównego złoczyńcy górującego nad wszystkim. Lakierowane elementy dodają całości elegancji, a logo Ćmy wnosi do marki świeżą, noirową stylistykę.
Jedna strona szybkiego podsumowania, co tam się działo w zeszytach i ruszamy. Pierwsza widoczna różnica wynika z samego formatu. Zeszyty wydawane były po amerykańsku, tym razem otrzymujemy duży format A4, z dominującą w albumie gofrownicą, czyli układem kadrów 4×4. Na mniejszej stronie zwyczajnie byłoby za ciasno. Na mnie to działa i nawet gdy pojawiają się ilustracje na pełną stronę, pozostaje podział. Narracyjna elegancja, zwracanie uwagi na poszczególne fragmenty ilustracji i realizacja wizji, prawdopodobnie na jeden album, jak to u Ćmy bywa.
Żaba to szef mafii i ojciec rodziny. Nie dziwi więc, że wchodzimy w kryminalny klimat lekko zalatujący noir. W inspiracjach, choć nieświadomych, twórcy wymieniają „Parkera” Darwyna Cooke’a i może coś w tym być, zwłaszcza że „Żabie królestwo” jest stonowane kolorystycznie. Tylko że, co widać już na okładce, mamy tu różne odcienie zieleni, a nie kolorystykę monochromatyczną używaną bardziej jako cieniowanie. Zespół pracujący przy tym albumie komiksu nie wynalazł, ale nadal mamy tu do czynienia z marką stojącą na własnych nogach. To jest Ćma proszę państwa, z niczym innym pomylić się nie da.
Co daje album, a na co nie było miejsca w zeszytach? No przede wszystkim jest dłuższa fabuła, możliwość rozwinięcia historii, choć osobiście dla mnie „Ćma. Żabie królestwo” jest za krótkie. Poszczególne sceny zostały złożone tak, że za pierwszym razem patrzyłem na napis „koniec” zdezorientowany. Ponowna lektura jest wskazana, aby poukładać sobie przebieg wydarzeń w głowie, bo mimo większej objętości dostajemy tylko najważniejsze wydarzenia, a resztę trzeba sobie dopowiedzieć.

Ćma bez supermocy, ale z superwolą przetrwania
Przez wyrzucenie niektórych wydarzeń poza margines zdaje się też, że Ćma jest bohaterem niezniszczalnym. Na początku zbiera mocne cięgi, ma połamane żebra i kulkę w głowie, a za chwilę już biega, jakby nic się nie stało. Wiadomo, główny bohater musi przeżyć do następnego odcinka, ale przecież Ćma miał nie mieć żadnej supermocy, tylko supersłabość. Uwaga. Trzeba uwagi. Po czarnym kadrze mogło upłynąć więcej czasu, niż potrzeba na przewrócenie strony.
Nie brakuje świetnie rozegranych scen, Grodecki to scenarzysta, który umie rozplanować planszę, ale nie jest dyktatorem i daje swobodę rysownikom. Niemniej od razu wiedziałem, że sekwencja podążającej w stronę czytelnika postaci wyciągającej powoli broń, to jego sprawka. Jak coś jest wycelowane we mnie bezpośrednio, to robi na mnie wrażenie, jakbym został zaatakowany.
Ćma osadzona jest w świecie retrofuturystycznym, czyli niby w przeszłości, ale z rozwiniętą technologią. Ponownie zasygnalizowany został problem izolacji, czy jak wcześniej zombiaków korzystających ze smartfonów. Na chodniku ktoś umiera, ale go nie widać, bo wszyscy koncentrują się na świecących ekranikach.
Widok na retrofuturystyczną Warszawę, z umieszczonym u spodu Hotelem Rubikon, reflektorami rozświetlającymi niebo i snopami światła ześlizgującymi się z wieżowców. Takie powojenne Gotham, zwyczajnie musi coś w tym być głębszego, choćby fascynacja filmami Tima Burtona. Niemniej zza rogu Ćma nie wyskakuje i nie twierdzi nagle, że jest Batmanem.
Ćma się nie przejada
Ćma niby nosi znamiona komiksu superhero, ale takim nie jest. Mamy do czynienia ciągle z tym samym bohaterem, ale kolejne odsłony różnią się znacznie od siebie, choćby pod względem używania koloru czy teraz także formatu. I co? I to jest świetne, bo nie ma szansy, aby mi się Ćma przejadł. W pierwszym albumie nacisk został położony na przeciwnika, bo ten przejął i kolorystykę, i wprowadził brutalną siłę konsumowaną w wyprowadzanych ciosach.
Jest to skręt w zalane cieniem podwórko, w którym można dostać w pysk, kto przyspieszał kroku na Ząbkowskiej na warszawskiej Pradze ten wie, o co chodzi. Ja bym nie płakał, gdyby Ćma wychodziła do końca życia w zeszytach, ale że jest album, który starcza na dłużej, to w sumie tylko lepiej. W dodatkach oprócz dodatkowych ilustracji i wariantów okładki znajdziecie jeszcze krótkie epizody. Przyjemne, zwłaszcza „Mono no aware”. To na razie tyle, pojedynek z Żabą to nie przelewki, ale przychodzi i czas na niego. Za to z Ćmą się jeszcze zobaczymy. I ja mam nadzieję, że raczej prędzej niż później.
Czytaj więcej: Ćma – nowy/stary obrońca Warszawy
Scenarzysta: Tomasz Grodecki
Rysunki: Tomasz R. Borkowski, Kacper Wilk,
Kolor na str. 10-12, 14, 18-19, 25: Adam Roziński
Okładka: Jakub Oleksów
Wydawca: Timof
Seria: Ćma
Format: 210×290 mm
Liczba stron: 76
Oprawa: Miękka
Druk: kolor
Egzemplarz udostępniony do recenzji









